Kochani moi,
dziekuje wszystkim za maile, e-kartki i komentarze z zyczeniami swiatecznymi, cieplo mi sie zrobilo na sercu widzac, ze tyle osob o mnie jeszcze pamieta! :) Zycze Wam, aby w Waszych sercach w te Swieta bylo tyle samo ciepla, radosci i optymizmu, bo przed nami nastepny, cudowny, pelen tajemnic i obietnic Nowy Rok! Sciskam Was mocno i przesylam wielgachne buziory :***
PS: jutro, w prezencie swiatecznym dla siebie samej, jade w dzungle na sloniu, udalo mi sie, jak mniemam, znalezc miejsce, gdzie naprawde dbaja o slonie i pilnuja, by sie nie przepracowywaly... A co Wy robicie w Swieta?
środa, 23 grudnia 2009
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Zima w Mondulkiri
Wyjechalam z pieknego Ratanakiri, zatrzymujac sie po drodze w Kratie. Do Kratie jedzie sie po to, by pojechac rowerem do pobliskiego Kampi, gdzie zyja delfiny slodkowodne. Z poznana tutaj Australijka wybralysmy sie rowniez na wycieczke na lezaca na Mekongu piaszczysta wyspe, gdzie nadal zycie toczy sie tak, jak przed laty.


Po poludniu ostro ruszylysmy do Kampi, by zdazyc przed zachodem slonca. Szczerze mowiac, gdyby nie Kate, pewnie nie wsiadlabym na lodke i poprzestala na przygladaniu sie delfinom z nadbrzeza, ale na szczescie entuzjazm Kate byl zarazliwy. Delfiny slodkowodne nie sa tak towarzyskie jak te morskie, nie skacza wysoko i nie towarzysza lodziom, ale i tak wieczorna przejazdzka lodzia w ciszy zachodzacego slonca byla magiczna. A delfiny robily, co mogly, zeby cena lodzi wydala nam sie niewygorowana! Niestety, sa bardzo szybkie, wiec nie jest latwo uchwycic je w obiektywie, oto malo imponujacy efekt staran (na ostatnim zdjeciu NIE widac delfina, ale i tak jest ladne, prawda?):




Wracalysmy po ciemku, z dusza na ramieniu, bo na drodze panosza sie kury, psy, dzieci i motocykle. Na szczescie w polowie drogi trafilysmy na milego kierowce tuk-tuka, ktory podholowal nas prawie do samego Kratie. Majac poczucie niezwykle produktywnie spedzonego dnia, uraczylysmy sie naprawde przyzwoitym, zwlaszcza zwazywszy na szerokosc geograficzna Kratie, sernikiem z biala czekolada.
Nastepnego dnia rano ruszylam do Sen Monorom, stolicy prowincji Mondulkiri, przez przewodniki okreslanej mianem Dzikiego Wschodu. Nie udalo mi sie trafic na miejsce sprzedajace bilety na bezposredni minibus z Kratie do Sen Monorom, wiec o 7 rano ruszylam do ponurej miesciny Snoul, gdzie "moze o 11" mialam przesiasc sie do autobusu jadacego do Mondulkiri. Poniewaz wiem, co oznacza tu "moze", do 12 czekalam spokojnie, a potem dowiedzialam sie, ze autobus bedzie o 13. O 14:30 okazalo sie, ze autobus mial wypadek i firma podstawia drugi, ktory przyjedzie o 15. O 16, po 7 godzinach oczekiwania, wreszcie sie pojawil i "juz" o 19:30, po ponad 12 godzinach, znalazlam sie w Sen Monorom! Zima jest tu bardzo wietrznie, nie moglam zasnac, gdyz obawialam sie, ze wiatr niczym Dorotke, zaniesie mnie wraz z moja chatka na drzewie do krainy Oz!

To moja chatka, w srodku jest wygodny materac z fiolotowa posciela i moskitiera. Kapie sie pod gwiazdami, (prawdziwymi, nie malowanymi na suficie, bo sufitu nie ma) a w pomieszczeniu mieszczacym toalete i prysznic rosna piekne rosliny! Gdyby jeszcze tak nie wialo...
PS: w mojej chatce sufit jak najbardziej jest, nie ma go tylko w lazience :)
Podoba mi sie tu niezmiernie, chyba spedze tu Wigilie...


Po poludniu ostro ruszylysmy do Kampi, by zdazyc przed zachodem slonca. Szczerze mowiac, gdyby nie Kate, pewnie nie wsiadlabym na lodke i poprzestala na przygladaniu sie delfinom z nadbrzeza, ale na szczescie entuzjazm Kate byl zarazliwy. Delfiny slodkowodne nie sa tak towarzyskie jak te morskie, nie skacza wysoko i nie towarzysza lodziom, ale i tak wieczorna przejazdzka lodzia w ciszy zachodzacego slonca byla magiczna. A delfiny robily, co mogly, zeby cena lodzi wydala nam sie niewygorowana! Niestety, sa bardzo szybkie, wiec nie jest latwo uchwycic je w obiektywie, oto malo imponujacy efekt staran (na ostatnim zdjeciu NIE widac delfina, ale i tak jest ladne, prawda?):




Wracalysmy po ciemku, z dusza na ramieniu, bo na drodze panosza sie kury, psy, dzieci i motocykle. Na szczescie w polowie drogi trafilysmy na milego kierowce tuk-tuka, ktory podholowal nas prawie do samego Kratie. Majac poczucie niezwykle produktywnie spedzonego dnia, uraczylysmy sie naprawde przyzwoitym, zwlaszcza zwazywszy na szerokosc geograficzna Kratie, sernikiem z biala czekolada.
Nastepnego dnia rano ruszylam do Sen Monorom, stolicy prowincji Mondulkiri, przez przewodniki okreslanej mianem Dzikiego Wschodu. Nie udalo mi sie trafic na miejsce sprzedajace bilety na bezposredni minibus z Kratie do Sen Monorom, wiec o 7 rano ruszylam do ponurej miesciny Snoul, gdzie "moze o 11" mialam przesiasc sie do autobusu jadacego do Mondulkiri. Poniewaz wiem, co oznacza tu "moze", do 12 czekalam spokojnie, a potem dowiedzialam sie, ze autobus bedzie o 13. O 14:30 okazalo sie, ze autobus mial wypadek i firma podstawia drugi, ktory przyjedzie o 15. O 16, po 7 godzinach oczekiwania, wreszcie sie pojawil i "juz" o 19:30, po ponad 12 godzinach, znalazlam sie w Sen Monorom! Zima jest tu bardzo wietrznie, nie moglam zasnac, gdyz obawialam sie, ze wiatr niczym Dorotke, zaniesie mnie wraz z moja chatka na drzewie do krainy Oz!

To moja chatka, w srodku jest wygodny materac z fiolotowa posciela i moskitiera. Kapie sie pod gwiazdami, (prawdziwymi, nie malowanymi na suficie, bo sufitu nie ma) a w pomieszczeniu mieszczacym toalete i prysznic rosna piekne rosliny! Gdyby jeszcze tak nie wialo...
PS: w mojej chatce sufit jak najbardziej jest, nie ma go tylko w lazience :)
Podoba mi sie tu niezmiernie, chyba spedze tu Wigilie...
czwartek, 17 grudnia 2009
Piękno doskonałe
Pierwsze chwile w Kambodży zachwyciły mnie pięknem ludzi i krajobrazu. Pobyt w tym, sami przyznacie, budzącym zdecydowanie ponure skojarzenia kraju, zaczęłam od północnego wschodu, czyli Ratanakiri. Pierwszy etap podróży tutaj, czyli postój w Stung Treng, nie budziłl zbyt wielkich nadziei; jest to miasto przede wszystkim brudne. Kilkugodzinna jazda rozklekotanym i - nie ukrywajmy - śmierdzącym autobusem została jednak sowicie wynagrodzona. Nocuję w Ban Lung, wraz z poznaną wczoraj Cathy, w najpiękniejszym hotelu, w jakim do tej pory mieszkałam, Tree Top Ecolodge. Piękny bungalow, przestronna weranda z cudnym widokiem na pobliskie wzgórza, obowiązkowy hamak i łazienka wyłożona rzecznymi kamykami.

Pół dnia spędziłam nad pobliskim jeziorem wulkanicznym, kąpiąc się i opalając, i ze sporą dozą satysfakcji powitałam wiadomość o opadach śniegu paraliżujących Warszawę. Współczuję!

W planach kilkudniowy trekking do parku narodowego Virachay, największej i wciąż niezbadanej dżungli w kraju. UPDATE: Niestety trekking nie doszedl do skutku, poniewaz 99% turystow woli "trekking" w lesie, gdzie trwa intensywna wycinka od prawdziwego trekkingu w dzungli, ze wzgledu na cene... A samej troche niespecjalnie chcialo mi sie isc w gleboki las jedynie w towarzystwie przewodnika. Innym razem!
Pocieszylam sie wycieczka nad pobliskie wodospady i przezylam drugie w zyciu bliskie spotkanie ze sloniem :)


Pół dnia spędziłam nad pobliskim jeziorem wulkanicznym, kąpiąc się i opalając, i ze sporą dozą satysfakcji powitałam wiadomość o opadach śniegu paraliżujących Warszawę. Współczuję!

W planach kilkudniowy trekking do parku narodowego Virachay, największej i wciąż niezbadanej dżungli w kraju. UPDATE: Niestety trekking nie doszedl do skutku, poniewaz 99% turystow woli "trekking" w lesie, gdzie trwa intensywna wycinka od prawdziwego trekkingu w dzungli, ze wzgledu na cene... A samej troche niespecjalnie chcialo mi sie isc w gleboki las jedynie w towarzystwie przewodnika. Innym razem!
Pocieszylam sie wycieczka nad pobliskie wodospady i przezylam drugie w zyciu bliskie spotkanie ze sloniem :)

środa, 16 grudnia 2009
Doskonalenie sztuki nicnierobienia
Ostatni tydzien w Laosie byl poswiecony swietemu leniuchowaniu, najpierw na plaskowyzu Bolevan, a potem na wyspie Don Det. Opuscilam niegoscinna Vientiane i nocnym autobusem pojechalam do Pakse, a stamtad do Tadlo. Zagubiona wsrod plantacji kawowych miescinka przyciaga turystow cisza i spokojem, zaklocanymi jedynie przez nieustanny grzmot wodospadow. Plan slodkiego nicnierobienia zostal naruszony przez poznanego tam przeze mnie Francuza, ktory namowil mnie na dosc ekstremalna wspinaczke po wielkich glazach, w porze deszczowej zamieniajacych sie w rwaca rzeke. Tam rowniez poznalam Andy'ego, nauczyciela z San Francisco, z ktorym spotkalam sie pozniej na Don Det i z ktorym mam nadzieje ruszyc na trekking w Ratanakiri (polnocny wschod Kambodzy). Plany radykalnego oszczedzania na poludniu (lekko przekroczylam swoj budzet w Laosie, sadzilam raczej, ze wydam tu mniej niz w Tajlandii, blad...) spalily na panewce: co zaoszczedzilam na porazajaco tanim zakwaterowaniu, przejadlam i przepilam! Ale w koncu jestem na wakacjach ;)
Tak rosnie kawa:

Tak sie bawia dzieci:


A to trasa naszej polsko-francuskiej wspinaczki:

Z Tadlo ruszylam na jedna z wysp lezacych na Mekongu, Don Det. Tam znowu sporo jadlam i pilam, jednego dnia nie robilam nic poza lezeniem w hamaku, sluchaniem muzyki i czytaniem, a drugiego wraz z Andym i Marcusem, biologiem, fotografikiem, obiezyswiatem i ogolnie rzecz ujmujac niezwykle fascynujacym czlowiekiem, wsiedlismy na rowery i pojechalismy na sasiednia wyspe, Don Khon, zeby ponapawac sie widokiem wodospadu i wykapac w Mekongu. Tak to spedzilam, wreszcie w ciekawym towarzystwie, ostatni tydzien w Laosie...
Don Det - palmy, bungalowy, wodospad, piekne zachody slonca:





Pisze do Was juz z Kambodzy, gdzie jak widac jest internet i to nawet calkiem przyzwoity! Za ok. pol godziny wsiadam w autobus, ktory zawiezie mnie do prowincji Ratanakiri. Tam poczekam na Andy'ego (mam nadzieje, ze nie zawiedzie moich nadziei i stawi sie w wyznaczonym miejscu o wyznaczonym czasie!) i razem ruszymy w niezbadana dzungle...
Tak rosnie kawa:

Tak sie bawia dzieci:


A to trasa naszej polsko-francuskiej wspinaczki:

Z Tadlo ruszylam na jedna z wysp lezacych na Mekongu, Don Det. Tam znowu sporo jadlam i pilam, jednego dnia nie robilam nic poza lezeniem w hamaku, sluchaniem muzyki i czytaniem, a drugiego wraz z Andym i Marcusem, biologiem, fotografikiem, obiezyswiatem i ogolnie rzecz ujmujac niezwykle fascynujacym czlowiekiem, wsiedlismy na rowery i pojechalismy na sasiednia wyspe, Don Khon, zeby ponapawac sie widokiem wodospadu i wykapac w Mekongu. Tak to spedzilam, wreszcie w ciekawym towarzystwie, ostatni tydzien w Laosie...
Don Det - palmy, bungalowy, wodospad, piekne zachody slonca:





Pisze do Was juz z Kambodzy, gdzie jak widac jest internet i to nawet calkiem przyzwoity! Za ok. pol godziny wsiadam w autobus, ktory zawiezie mnie do prowincji Ratanakiri. Tam poczekam na Andy'ego (mam nadzieje, ze nie zawiedzie moich nadziei i stawi sie w wyznaczonym miejscu o wyznaczonym czasie!) i razem ruszymy w niezbadana dzungle...
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Pozegnanie z Laosem...
Ostatnie kilka dni ostro sie relaksowalam, na plaskowyzu Bolevan oraz na wyspie Don Det, jutro pora ruszac do Kambodzy! Internet zbyt drogi, by pisac wiecej ;)
czwartek, 10 grudnia 2009
Vientiane, ruszam na poludnie
Luang Prabang, miasto zacne i piekne
W pieknym Luang Prabang, wpisanym na liste swiatowego dziedzictwa kulturowego UNESCO spedzilam 4 lub 5 dni, robiac co nastepuje:
Po pierwsze, podziwialam, co widzialam. Urzekla mnie w Luang Prabang harmonijna mieszanka tradycji i wspolczesnosci Orientu z postkolonialna architektura wprost z Lazurowego Wybrzeza. Blakalam sie wsrod willi i swiatyn, starajac sie uchwycic dusze tego miasta.










W poniedzialek uczylam sie gotowac sticky rice, faszerowana trawe cytrynowa, rybe gotowana na parze w lisciu bananowca, gulasz w stylu Luang Prabang, a na deser fioletowy sticky rice z mlekiem kokosowym i swiezymi owocami: mango, bananami i tamaryndowcami.

Ostatniego dnia wybralam sie nad przecudny wodospad Kuang Si. Kapalam w lazurowo-mlecznej wodzie, wspielam na sam szczyt wodospadu i spogladalam na wode, spadajaca kaskadami w dol, zjadlam lunch (przepyszna kielbase laotanska, przyprawiona trawa cytrynowa, chilli i kolendra, swieza bagietke, pomarancze i sticky rice z tartym kokosem i malymi czerwonymi fasolkami, zawiniety w lisc bananowca). Wprawdzie Kuang Si ustepuje tajskiemu Erewan rozmiarem, ale - jak sami zobaczycie - jest o wiele bardziej malowniczy!








A to zdjecie specjalnie dla Mamy: tak wyglada "gwiazda betlejemska" w pelnych rozmiarach:
Po pierwsze, podziwialam, co widzialam. Urzekla mnie w Luang Prabang harmonijna mieszanka tradycji i wspolczesnosci Orientu z postkolonialna architektura wprost z Lazurowego Wybrzeza. Blakalam sie wsrod willi i swiatyn, starajac sie uchwycic dusze tego miasta.










W poniedzialek uczylam sie gotowac sticky rice, faszerowana trawe cytrynowa, rybe gotowana na parze w lisciu bananowca, gulasz w stylu Luang Prabang, a na deser fioletowy sticky rice z mlekiem kokosowym i swiezymi owocami: mango, bananami i tamaryndowcami.

Ostatniego dnia wybralam sie nad przecudny wodospad Kuang Si. Kapalam w lazurowo-mlecznej wodzie, wspielam na sam szczyt wodospadu i spogladalam na wode, spadajaca kaskadami w dol, zjadlam lunch (przepyszna kielbase laotanska, przyprawiona trawa cytrynowa, chilli i kolendra, swieza bagietke, pomarancze i sticky rice z tartym kokosem i malymi czerwonymi fasolkami, zawiniety w lisc bananowca). Wprawdzie Kuang Si ustepuje tajskiemu Erewan rozmiarem, ale - jak sami zobaczycie - jest o wiele bardziej malowniczy!








A to zdjecie specjalnie dla Mamy: tak wyglada "gwiazda betlejemska" w pelnych rozmiarach:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
