Pierwsze chwile w Kambodży zachwyciły mnie pięknem ludzi i krajobrazu. Pobyt w tym, sami przyznacie, budzącym zdecydowanie ponure skojarzenia kraju, zaczęłam od północnego wschodu, czyli Ratanakiri. Pierwszy etap podróży tutaj, czyli postój w Stung Treng, nie budziłl zbyt wielkich nadziei; jest to miasto przede wszystkim brudne. Kilkugodzinna jazda rozklekotanym i - nie ukrywajmy - śmierdzącym autobusem została jednak sowicie wynagrodzona. Nocuję w Ban Lung, wraz z poznaną wczoraj Cathy, w najpiękniejszym hotelu, w jakim do tej pory mieszkałam, Tree Top Ecolodge. Piękny bungalow, przestronna weranda z cudnym widokiem na pobliskie wzgórza, obowiązkowy hamak i łazienka wyłożona rzecznymi kamykami.

Pół dnia spędziłam nad pobliskim jeziorem wulkanicznym, kąpiąc się i opalając, i ze sporą dozą satysfakcji powitałam wiadomość o opadach śniegu paraliżujących Warszawę. Współczuję!

W planach kilkudniowy trekking do parku narodowego Virachay, największej i wciąż niezbadanej dżungli w kraju. UPDATE: Niestety trekking nie doszedl do skutku, poniewaz 99% turystow woli "trekking" w lesie, gdzie trwa intensywna wycinka od prawdziwego trekkingu w dzungli, ze wzgledu na cene... A samej troche niespecjalnie chcialo mi sie isc w gleboki las jedynie w towarzystwie przewodnika. Innym razem!
Pocieszylam sie wycieczka nad pobliskie wodospady i przezylam drugie w zyciu bliskie spotkanie ze sloniem :)
