Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kambodża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kambodża. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 stycznia 2010

Juz nie ma dzikich plaz... A jednak!

Zgodnie z planem, autobus prowadzony przez szalonego kierowce, usilujacego nauczyc wszystkich uzytkownikow drogi naczelnej zasady, ze kto wiekszy, ten lepszy, dowiozl mnie do Kep, ostatniego przystanku na kambodzanskiej trasie. W czasach przedrewolucyjnych Kep bylo niezwykle popularnym nadmorskim kurortem, ulubionym miejscem wypoczynku krola. Nic wiec dziwnego, ze Czerwoni Kmerzy postawili sobie za punkt honoru zniszczenie tego pieknego miasteczka. Swiadectwem tamtych czasow sa szkielety modernistycznych willi, stojace na zboczach wzgorza. Te ruiny maja jednakze nowych wlascicieli, zamoznych, lecz niezainteresowanych odbudowa pieknych budynkow, lecz jedynie wzrostem wartosci ziemi. Wiekszosc z nich zasiedlona jest przez nielegalnych mieszkancow, dla ktorych taki dom jest prawdziwym luksusem.



Jako ze Kep lezy nad morzem, mozna tu poplazowac, choc najladniejsze w tej okolicy plaze znajduja sie na niewielkiej wysepce Koh Tonsay, gdzie spedzilam dzisiejszy dzien. Zamieszczam rowniez kilka obrazkow z nadmorskiego zycia oraz kolejna fotozagadke (ze smutna satysfakcja zauwazyc mi przyszlo, ze nie podolaliscie poprzedniemu zadaniu, co wiecej, poddaliscie sie bez proby!): co przedstawia ostatnie zdjecie?










Jutro z samego rana ruszam do Wietnamu na zasluzony dluzszy odpoczynek na wyspie Phu Quoc.

piątek, 8 stycznia 2010

Stolica, prosze panstwa!


Na zdjeciu stacja kolejowa w Phnom Penh

Na dwa dni zawitalam do stolicy Kambodzy, Phnom Penh. Pierwszego dnia odwiedzilam miejsce niezwykle ponure i smutne, wiezienie Tuol Sleng, zwane tez S21. "S" oznaczalo "security", "2"- drugi wydzial, a "1" - Brata nr 1, czyli Pol Pota. Przed rewolucja w budynku tym miescila sie szkola srednia, przeksztalcona przez Czerwonych Kmerow w wiezienie. W Tuol Sleng wieziono ok. 17000 ludzi, ktorzy po srednio 2-3 miesiacach tortur i przesluchan przewozeni byli na pobliskie Killing Fields, Pola Smierci, gdzie dokonywano egzekucji. Aby nie marnowac cennych kol, ofiarom roztrzaskiwano czaszki kijami i palkami. Jedynie siedmiu osobom udalo sie przetrwac wiezienie w dawnej szkole... Jak sie dowiedzialam od Marca, pracujacego jako tlumacz podczas procesu wytoczonego przez ONZ glownemu dozorcy wiezienia, Duchowi, kaci pracujacy na Polach Smierci uwazali swoja prace za dosc monotonna. Na wiezniach przeprowadzano rowniez eksperymenty medyczne, w tym operacje bez znieczulenia, oraz wytaczano z nich krew, potrzebna rannym na froncie Czerwonym Kmerom.





Dopiero nastepnego dnia bylam w stanie powrocic do zwiedzania miasta. Rozpoczelam od wizyty na jednym z wiekszych targowisk, gdzie dokonalam szybkiej transakcji, a pozniej ruszylam w miasto piechota... Widzialam Wat Phnom, swiatynie stojaca na jedynym wzgorzu w Phnom Penh i obwarowana ambasade USA w jej cieniu... Zwiedzilam Muzeum Narodowe, gdzie wystawione sa najpiekniejsze rzezby z okresu Angkor i nie tylko... Dotarlam do Palacu Krolewskiego, ktory okazal sie zamkniety ze wzgledu na Dzien Zwyciestwa nad Ludobojstwem... Zwazywszy na panujace upaly po pieciu godzinach spacerowania zarzadzilam odwrot do kwatery glownej.

Do Palacu Krolewskiego dotarlam rankiem w dniu wyjazdu z Phnom Penh i okazalo sie, ze pomimo wysokiej ceny biletu ($6,25) miejsce to jest warte odwiedzenia. Spore wrazenie zrobil na mnie budynek mieszczacy sale tronowa, zadziwil dom z zelaza, podarowany krolowi przez Francuzow, zachwycila Srebrna Pagoda, ktorej podloga wylozona jest srebrnymi kafelkami... Po raz pierwszy w zyciu stapalam po srebrze! Szkoda tylko, ze niektore z plytek obluzowaly sie i obecnie sa prowizorycznie przymocowane... tasma samoprzylepna!





Prosto z Palacu pomknelam na skuterze do stacji autobusow (nie, nie byl to dworzec, bo dworca w Phnom Penh nie ma, kazda firma transportowa ma swoja "stacje") i wsiadlam do autobusu, ktory zawiesc mnie mial do nadmorskiego Kep...

wtorek, 5 stycznia 2010

Kola w ruch...



Jest na trasie Battambang - Phnom Penh niewielka miescinka, zwana Pursat. Zatrzymalam sie tam, by wsiasc do pociagu nie byle jakiego, bo bambusowego! Juz spiesze z wyjasnieniami: otoz kolej w Kambodzy praktycznie nie funkcjonuje, natomiast sa tu tory kolejowe. Pomyslowi Kmerzy postanowili wiec wykorzystac istniejaca infrastrukture i stworzyli unikalny srodek transportu lokalnego: nori vel lori, zwany z angielska bamboo train. Otoz na tory kladzie sie dwie pary zelaznych kol na osiach, na nich kladzie sie platforme zbudowana z drewna i bambusa, doczepia sie niewielki silnik benzynowy i rusza w droge. Dokumentacja foto i wideo ponizej:







poniedziałek, 4 stycznia 2010

Banan Trophy

Dzis po raz pierwszy w zyciu odwazylam sie wyruszyc na samodzielna wycieczke motorowerem! Jak zwykle podeszlam do sprawy ambitnie - Kambodza nie jest wymarzonym krajem do nauki jazdy ze wzgledu na kompletny brak zasad panujacy na drodze. No, zasada jest jedna: kto pierwszy, ten lepszy. Pomijajac kilka mniej przyjemnych chwil, przejazdzka udala sie znakomicie, odwiedzilam dwie pobliskie atrakcje, Phnom Sampeau oraz Wat Banan (a propos, tutaj banan nazywa sie chek, a nie banan!).

Po wzgorzu Sampeau oprowadzil mnie niezwykle rezolutny chlopiec, ktory w ten sposob zarabia na prywatne lekcje angielskiego, a jesli zarobi wiecej, niz potrzebne w tym celu 4USD miesiecznie, pomaga finansowo rodzinie. Chlopiec okazal sie bardzo rzetelnym przewodnikiem, mial spora wiedze na temat tego miejsca, pokazal mi swiatynie, ktora w latach '70 sluzyla Czerwonym Khmerom za wiezienie, oraz jaskinie, gdzie oprawcy ciosem palki w glowe mordowali osadzonych. W jaskini mozna zobaczyc czaszki ofiar... Obecnie swiatynia na nowo jest miejscem kultu religijnego, a ze wzgorza roztaczaja sie piekne widoki na okolice.



Z Phnom Sampeau ruszylam w strone swiatyni (i wzgorza) o apetycznej nazwie Banan. Wedlug okolicznym mieszkancow ta swiatynia byla zrodlem inspiracji dla tworcow Angkor Wat i faktycznie pewne podobienstwo jest widoczne... Do swiatyni prowadza kamienne schody liczace 360 stopni. Nie bylo latwo wspiac sie na nie w upale, ktory dzis bez opamietania leje sie z nieba. Widok z gory jednak wynagrodzil trudy wspinaczki, a na dole czekala nagroda: kurczak z ananasem na obiad!











Po drodze kilkakrotnie napotykalam uroczystosci pogrzebowe, nie podejrzewam, ze tutaj grzebie sie zmarlych akurat w poniedzialki, ale ten zbieg okolicznosci jest intrygujacy. Pogrzeb w Kambodzy jest wydarzeniem bardzo glosnym i kolorowym. Kondukt zalobnikow, ubranych na bialo, porusza sie przy akompaniamencie przeszywajacej uszy muzyki, niepokojacej, zalosnej i jazgotliwej jednoczesnie. Niosacy trumne sa niekiedy spetani lancuchami (!), a najgorliwiej okazujacy zalobe klada sie przed trumna na ziemi. Jesli miejsce pochowku znajduje sie w duzej odleglosci od domu zmarlego, trumna jest wieziona na pace ciezarowki, ozdobiona owocami, kwiatami i flagami. Praktykowany jest tu rowniez obyczaj czuwania przy zwlokach, wystawionych przed domem. Czuwanie z daleka przypomina wesele: jest kolorowy namiot, glosna muzyka, stoliki, przy ktorych siedza goscie...

Jutro pora ruszyc dalej...

niedziela, 3 stycznia 2010

Nad rzeka, ktorej (prawie) nie ma...



Ponoworoczne wyczerpanie odsypiam w Battambangu, lezacym nad rzeka, ktora w porze suchej niewiele wody miesci w swoim korycie. Za rada spotkanego w autobusie Lena, pracujacego tu w jednej z organizacji pozarzadowych, zatrzymalam sie w prawdziwym hotelu, z goracym prysznicem, telewizja kablowa (prawie non stop ogladam CNN i BBC World, zeby nadrobic zaleglosci), lodowka i darmowym internetem (co wyjasnia nagly wysyp postow obficie ilustrowanych zdjeciami!), za cale 7USD za dobe!

W Battambangu sa trzy glowne ulice, nazywaja sie: ulica nr 1, ulica nr 2 i ulica nr 3 (na zdjeciu jeden z budynkow przy ul. 3, ilustrujacy spotkanie Francji z Orientem). Od wczoraj, czyli juz ponad dobe, przy ulicy nr 1 stoi kolorowy namiot ozdobiony sztucznymi kwiatami i owocami, gra muzyka, spaceruja elegancko ubrane panie i panowie tez - trwa khmerskie wesele. Wzdluz mojego brzegu rzeki ciagnie sie placo-park, gdzie popoludniami caly Battambang szuka ochlody. Niektorzy po prostu piknikuja na trawnikach, ale wiekszosc ludzi wybiera aktywny wypoczynek: graja w kometke, w zoske, cwicza aerobik w grupach licznych, liczniejszych i bardzo licznych, ucza sie ukladow tanecznych...

Dzis w niewielkiej, choc slawnej wsrod podroznikow, restauracji Smokin' Pot uczylam sie gotowac khmerskie specjaly: amok, rodzaj curry z ryby, lok lak, mocno pieprzny gulasz z wolowiny oraz kwasna zupe z kurczaka. Po moim powrocie czeka Was wiele atrakcji kulinarnych w moim wykonaniu :) Mialam szczescie (choc pewnie niektorzy uznaliby to za pech...) byc jedyna kursantka, wiec udalo mi sie namowic mojego nauczyciela na mila pogawedke nad mozdzierzem, na temat zmian zachodzacych w Kambodzy, skali korupcji, szalenstw tutejszej zlotej mlodziezy i zamilowaniu wielu turystow do hamburgerow i English breakfast. A pozniej zjadlam wszystkie pysznosci, ktore sama ugotowalam, wiec - sami rozumiecie - musze udac sie na zasluzona drzemke... ;)

piątek, 1 stycznia 2010

12 malp, czyli Nowy Rok w Siem Reap. Czesc trzecia, ostatnia.

Dzien trzeci - Angkor Wat, Kbal Spean, Banteay Srei

Tak, tak, w Nowy Rok tez wstalam o 5:30! I nalezalam do bardzo nielicznych, ktorym sie to udalo, dzieki czemu w najslynniejszej swiatyni Angkoru bylam prawie sama, a nie w towarzystwie kilku setek innych wielbicieli sztuki. Angkor Wat to zabytek i atrakcja turystyczna klasy tej, co piramidy w Gizie czy Wielki Mur, wiec trudno sie nie zachwycac, ale mnie duzo bardziej imponowala jego sylwetka widziana z oddali, niz to, co zastalam na miejscu. Niewykluczone, ze wynika to z faktu trwajacej rekonstrukcji sporej czesci swiatyni, niedostepnej zatem dla zwiedzajacych.











Po wizycie w Angkor Wat popedalowalam do guesthouse'u Magdy i Tomasza, by ostatni dzien w Siem Reap przepedzic razem z nimi. Zamienilam wiec rower na tuk-tuk, prowadzony przez wyraznie wczorajszego kierowce, pana Pilota. Pan Pilot zaspal na spotkanie z Tomkiem i Magda, i chyba w ramach zadoscuczynienia wywiozl nas w miejsce odlegle i piekne, zwane Rzeka Tysiaca Lingamow. W korycie tej niewielkiej rzeki wyrzezbiono niegdys setki lingamow, czyli fallusow, pomiedzy ktorymi wesolo pluskala woda, splywajac w kierunku niewielkiego wodospadu. Oprocz lingamow sa tez symbole joni, czyli odzwierciedlenie zenskich narzadow, bog Wisznu w roznych pozycjach (m.in. trzymajacy w reku wielkiego... penisa), kwiatki, malpki, zaby, krowy i inne stworzenie. Idac za przykladem "tubylcow", wykapalismy sie w wodospadzie, liczac na to, ze obmywajaca pozostalosci tysiecy lingamow woda okaze sie eliksirem plodnosci ;)













Na zakonczenie prawdziwa uczta dla oczu okazala sie niewielka swiatynia Banteay Srei, zachwycajaca subtelnymi plaskorzezbami. Choc nie imponuje skala, urzeka doskonaloscia formy, swiadczac o tym, ze nie rozmiar jest najwazniejszy.













Z wydarzen mniej estetycznych wspomne o smutnej stracie pierwszej pary podroznych klapek oraz bialego T-shirta od Barteczka. Klapki nie wytrzymaly wedrowki po kamiennych stopniach (stroma jest droga do nieba...), a T-shirt przestal byc bialy, a zaczal byc w kolorze brudnej sciery, wiec go porzucilam! Wybacz, Kochany...

czwartek, 31 grudnia 2009

12 malp, czyli Nowy Rok w Siem Reap. Czesc druga.

Dzien drugi - Banteay Kdei, Ta Prohm, Ta Nei

Dzien pierwszy skonczyl sie konfrontacja z malpa, a dzien drugi rozpoczal abordazem mojego roweru w wykonaniu calej grupki mlodych makakow. Zatrzymalam sie na chwilke, zeby zrobic kilka zdjec szalejacym w krzakach malpkom i ani sie obejrzalam, a caly malpi gaj przeniosl sie na moj jednoslad... Gdy juz bylam gotowa ruszyc, objawil sie nowy problem: jak zgonic 5 energicznych makakow z roweru?! Grozne "sio!" nie spotkalo sie z przychylna reakcja. Postanowilam wziac malpy na sposob i rzucic im cos pozornie jadalnego na zanete, ale zanim zdazylam zrealizowac ten plan, malpom udalo sie rower przewrocic i umknely czym predzej z podkulonymi ogonami. Niestety film dokumentujacy inwazje malp jest zbyt duzy, zebym mogla go tu zamiescic...





Reszta dnia uplynela pod znakiem Lary Croft, poniewaz w dwoch z kilku odwiedzonych przeze mnie tego dnia swiatyn robiono zdjecia do filmu "Tomb Raider". Pierwsza swiatynia, Banteay Kdei, okazala sie miejscem magicznym i kompletnie o tej wczesnej porze opustoszalym. Z duzym szacunkiem stapalam po kamiennej posadzce, cieszac sie chwila samotnosci w tym tak popularnym miejscu.











Ci z Was, ktorzy widzieli ten film, pewnie rozpoznaliby w Ta Prohm drzewo, przy ktorym Lara Croft najwyrazniej cos robila, bo nazywane jest teraz "Tomb Raider tree", ja filmu nie widzialam, wiec nie wiem, ktore z drzew "pozerajacych" kamienne mury jest tym wlasciwym. Niemniej jednak Ta Prohm jest niezwykle intrygujacym miejscem, pozwalajacym wyobrazic sobie, jak wygladaly swiatynie Angkoru, gdy w XIX wieku "odkryli" je Francuzi. Jest to tez miejsce budzace szacunek nie tylko dla umiejetnosci i talentu tworcow swiatyni, ale rowniez dla sily natury.















Ze wzgledu na wyjatkowe poruszenie, ktore zapanowalo wsrod japonskiej wycieczki na widok tego drzewa, podejrzewam, ze to wlasnie "Tomb Raider tree":





Jeszcze lepsze pojecie na temat ogromnej potegi dzungli daje niewielka swiatynia Ta Nei, ukryta wsrod lasu i rzadko nawiedzana przez zwiedzajacych.





A to nie wiem, ktora swiatynia, ale podoba mi sie zdjecie, wiec tez zamieszcze :)



Ciag dalszy nastapi...