
Oto spelnilo sie najwieksze marzenie Phila: w ogrodzie w stylu tudorskim wypilismy herbate i zjedlismy buleczki z dzemem i bita smietana... Nie, nie polecielismy na weekend do Anglii; nadal jestesmy w Malezji. Jest jednak pewne piekne miejsce, gdzie rosna truskawki i krzewy herbaciane, upal nie doskwiera, a pamiatki kolonialnej historii sprawiaja, ze latwo tu zapomniec, ze jestesmy w Azji.

Ku mojemu zaskoczeniu, podejrzewalam bowiem, ze Malezja nie jest miejscem zbyt ekscytujacym, to jeden z najpiekniejszych krajow, jakie do tej pory odwiedzilam! Okazuje sie, ze choc azjatycki chaos jest malowniczy, brakowalo mi ladu i porzadku. Wreszcie znow jestem w kraju, gdzie sa kosze na smieci! Cameron Highlands sa wyjatkowo europejskie nawet na tle wysoko ucywilizowanej Malezji, lecz i tu, pomiedzy typowymi dla angielskiej wsi pubami, jest miejsce dla egzotyki i nieokielznanej natury... Aby zasluzyc na rzeczona herbatke z buleczkami, spedzilismy caly dzien na dosc meczacym marszu: najpierw wspielismy sie na niezbyt wysoka, ale stroma gore, a potem odwiedzilismy najstarsza plantacje herbaty w Malezji, a po drodze zostalismy uprzejmie wyproszeni z nalezacego do lokalnego sultana pola golfowego (kto drogi prostuje...). Dobrze, ze najpierw odwiedzilam slynne poletka ryzowe w Chinach, bo krzewy herbaty porastajace zbocza wzgorz sa daleko bardziej malownicze! Cudne manowce...

Wizyta na polu golfowym:


A to obrazki z ataku na szczyt:



Nocowalismy w bardzo przyjemnym, acz obwarowanym milionem zasad hoteliku - kazda czynnosc, jakiej gosc zechcialby sie podjac, zostala szczegolowo opisana przez wlasciciela, ktory zawsze wygladal na nieszczesliwego... Odkrylismy tez bardzo dobra i niedroga restauracje indyjska, gdzie kelner zwany przez nas "AlsoGot" za kazdym razem czytal nam na glos menu... Po raz pierwszy od miesiecy zjadlam tez - i to z wielkim smakiem - prawdziwa szarlotke podana na goraco z lodami waniliowymi! Czegoz wiecej mozna chciec od zycia? Zeby jeszcze uprawiane tam truskawki nie kosztowaly 5zl za 20 sztuk... ;)