Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mondulkiri. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mondulkiri. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 grudnia 2009

O dzieciach i motorowerach...

Ponizej zamieszczam kilka zdjec slicznych kambodzanskich dzieci, a takze pare przykladow niezwykle pomyslowych sposobow na wykorzystanie motoroweru w celach transportowych. Jest rowniez fotozagadka: kto wypatrzy stacje benzynowa?











Azjatyckie dzieci w 99% sa zawsze grzeczne, ciche i usmiechniete, ale spotkalam sie z wyjatkiem potwierdzajacym te regule:





Na motorowerze, jak widzicie, mozna przewiezc wszystko, a ostatnie zdjecie pokazuje typowy kambodzanski wiejski sklep.





Swieta w Mondulkiri



Planowane 2-3 dni w Sen Monorom trwaly dni... dziewiec, tak bardzo to miejsce przypadlo mi do gustu, do duszy i do serca. Dostalam kilka maili z pytaniami, jak spedzam Swieta, oto wiec relacja.

W wigilie Wigilii wybralam sie nad wodospad Bou Sra i do wioski plemienia Phnong noszacej te sama nazwe, wraz z przewodnikiem tegoz pochodzenia. Poznalam Catherine, etnolozke badajaca zwyczaje ludzi Phnong, z ktora rozmawialam o Malinowskim, podgladalam mezczyzn wyplatajacych kosze, w ktorych znosi sie z pol plony, a potem niesie sie je do miasta na targ, oraz kobiety tkajace charakterystyczne dla Phnong szale, uczylam piecio-siedmiolatki angielskiego i nie podolalam probie sierpa na poletku ryzowym.





Wigilie spedzilam w towarzystwie obecnych towarzyszy podrozy, stanowimy grono trzyosobowe mieszane, w skladzie: Polka, Anglik i Francuz. Moja wieczerza wigilijna byl stir-fry z nerkowcami, a na deser dostalismy specjalne ciasto swiateczne, smakujace jak polaczenie piernika z ciastem marchewkowym, glownie dlatego, ze byl to faktycznie piernik z marchewki.

W swiatecznym prezencie zafundowalam sobie dzien na grzbiecie slonia i majac to doswiadczenie za soba moge powiedziec to, co mowi wiekszosc ludzi "po": to jedna z rzeczy, ktore w zyciu chce sie zrobic tylko raz ;) Aczkolwiek jak najbardziej warto ten jeden raz, w sprzyjajacych okolicznosciach przyrody, "zaliczyc".









Drugiego dnia swiat w jeszcze wiekszym, mieszanym gronie miedzynarodowym leczylismy lekkiego powigilijnego kaca, wstajac z hamaka jedynie po to, by rozegrac partyjke bilarda. A na zakonczenie sezonu swiatecznego wraz z Walijczykiem Philem ruszylismy na poszukiwanie wodospadow, udalo nam sie znalezc tylko jeden, ale Phil wpadl do niego dwa razy, wiec liczy sie chyba podwojnie? Jesli Phil jest typowym Walijczykiem, mozna o nich powiedziec z pewnoscia dwie rzeczy: sa zabawni i niezdarni ;).

Kambodza nadal mnie urzeka, umiem juz zamowic kilka dan i shake'a z durianem po kmersku i w wiekszosci przypadkow rozumiem, ile mam zaplacic.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Zima w Mondulkiri

Wyjechalam z pieknego Ratanakiri, zatrzymujac sie po drodze w Kratie. Do Kratie jedzie sie po to, by pojechac rowerem do pobliskiego Kampi, gdzie zyja delfiny slodkowodne. Z poznana tutaj Australijka wybralysmy sie rowniez na wycieczke na lezaca na Mekongu piaszczysta wyspe, gdzie nadal zycie toczy sie tak, jak przed laty.







Po poludniu ostro ruszylysmy do Kampi, by zdazyc przed zachodem slonca. Szczerze mowiac, gdyby nie Kate, pewnie nie wsiadlabym na lodke i poprzestala na przygladaniu sie delfinom z nadbrzeza, ale na szczescie entuzjazm Kate byl zarazliwy. Delfiny slodkowodne nie sa tak towarzyskie jak te morskie, nie skacza wysoko i nie towarzysza lodziom, ale i tak wieczorna przejazdzka lodzia w ciszy zachodzacego slonca byla magiczna. A delfiny robily, co mogly, zeby cena lodzi wydala nam sie niewygorowana! Niestety, sa bardzo szybkie, wiec nie jest latwo uchwycic je w obiektywie, oto malo imponujacy efekt staran (na ostatnim zdjeciu NIE widac delfina, ale i tak jest ladne, prawda?):









Wracalysmy po ciemku, z dusza na ramieniu, bo na drodze panosza sie kury, psy, dzieci i motocykle. Na szczescie w polowie drogi trafilysmy na milego kierowce tuk-tuka, ktory podholowal nas prawie do samego Kratie. Majac poczucie niezwykle produktywnie spedzonego dnia, uraczylysmy sie naprawde przyzwoitym, zwlaszcza zwazywszy na szerokosc geograficzna Kratie, sernikiem z biala czekolada.

Nastepnego dnia rano ruszylam do Sen Monorom, stolicy prowincji Mondulkiri, przez przewodniki okreslanej mianem Dzikiego Wschodu. Nie udalo mi sie trafic na miejsce sprzedajace bilety na bezposredni minibus z Kratie do Sen Monorom, wiec o 7 rano ruszylam do ponurej miesciny Snoul, gdzie "moze o 11" mialam przesiasc sie do autobusu jadacego do Mondulkiri. Poniewaz wiem, co oznacza tu "moze", do 12 czekalam spokojnie, a potem dowiedzialam sie, ze autobus bedzie o 13. O 14:30 okazalo sie, ze autobus mial wypadek i firma podstawia drugi, ktory przyjedzie o 15. O 16, po 7 godzinach oczekiwania, wreszcie sie pojawil i "juz" o 19:30, po ponad 12 godzinach, znalazlam sie w Sen Monorom! Zima jest tu bardzo wietrznie, nie moglam zasnac, gdyz obawialam sie, ze wiatr niczym Dorotke, zaniesie mnie wraz z moja chatka na drzewie do krainy Oz!



To moja chatka, w srodku jest wygodny materac z fiolotowa posciela i moskitiera. Kapie sie pod gwiazdami, (prawdziwymi, nie malowanymi na suficie, bo sufitu nie ma) a w pomieszczeniu mieszczacym toalete i prysznic rosna piekne rosliny! Gdyby jeszcze tak nie wialo...

PS: w mojej chatce sufit jak najbardziej jest, nie ma go tylko w lazience :)

Podoba mi sie tu niezmiernie, chyba spedze tu Wigilie...