Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Gil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Gil. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 listopada 2011

Szlakiem camino real z Barichary do Guane

Nieopodal San Gil znajduje się absolutnie przepiękne miasteczko Barichara. Bielone domy w stylu kolonialnym, rewelacyjna kawa przy głównym placu, sklepy z lokalnymi rękodziełami, a co ważne, Barichara nadal nie jest przesadnie oblegana przez turystów - cisza, spokój i piękno.























Z Barichary do Guane prowadzi brukowany kamieniami szlak zwany camino real. Jest on częścią starego szlaku camino de herradura (szlak podkowy), skonstruowanego przez rdzennych mieszkańców Guane, a następnie wykorzystywanego przez Hiszpanów. W 1864 roku, na zlecenie bodajże Francisco Santandera, odcinek z Barichary do Guane został odremontowany przez niemieckiego inżyniera Georga von Lengerke. Podobno odpoczywając przy pracy, von Lengerke chętnie korzystał z towarzystwa lokalnych kobiet, czego rezultatem była gromadka dzieci o jasnych oczach i włosach. Z tego też powodu mieszkańcy departamentu Santander częściej niż reszta Kolumbijczyków odznaczają się takimi cechami wyglądu. Cóż, trudno Georga winić, jakbym miała wybierać pomiędzy Niemkami a Kolumbijkami, pewnie też długo bym się nie wahała!









Guane to wioseczka, gdzie czas zatrzymał się ze 100 lat temu, niewiele urokiem ustępująca Baricharze. Do lokalnych specjałów należą sabajón na kozim mleku i chicha. To pierwsze, to taki jakby ajerkoniak na aguardiente, a to drugie - alkohol ze sfermentowanej kukurydzy.





Z lokalnego cmentarza roztacza się taki przepiękny widok, a znajdująca się przy murze inskrypcja zachęca do refleksji nad pięknem czekającym na nas w niebie.



Podczas gdy w Baricharze i Guane świeciło słońce, w San Gil padał deszcz, a po deszczu należy się osuszyć, nawet (a może zwłaszcza), jeśli się jest sępem. Sępy suszą się tak:





No i na koniec nie mogę sobie odmówić zamieszczenia tego portretu, piękny kot z San Gil.



Niniejszym relację z ostatniego puente uważa się za kompletną i wyczerpującą, hasta la proxima!

poniedziałek, 14 listopada 2011

Wielka, większa i największa!

Za mną weekend pełen przygód, jak w tytule. Przygody odbywały się w miejscowości San Gil (prawda, że się nazywa co najmniej ekstrawagancko? Św. Gil?), która jest zagłębiem sportów ekstremalnych.

Przygoda pierwsza: espeleología, czyli grotołażenie. Na dzień dobry usłyszeliśmy, że Cueva de la Vaca to jasknia mokra i tu przypomniało mi się, że podobne ostrzeżenie słyszałam w Tajlandii i faktycznie, było mokro. Ale to, co się działo w Khao Sok to mały pikuś w porównaniu do mokrości tutaj. Zaliczyliśmy: brodzenie w wodzie, czołganie się w wodzie, pływanie w wodzie, wreszcie nurkowanie (trzeba było pokonać 3 metry pod wodą wpław, żeby przedostać się do kolejnej "komnaty", nie powiem, dreszczyk emocji był!), a także picie wody kapiącej z sufitu jaskini. Po wyjściu z jaskini okazało się, że jest oberwanie chmury, więc zanim dotarliśmy z powrotem na przystanek autobusu przynajmniej byliśmy tylko mokrzy, a nie mokrzy i utytłani w jaskiniowym błocie.

Przygoda druga: rafting, czyli spływ rzeką, miejscami rwącą, pontonem. Te kilka chwil kiedy rzeka robiła się wzburzona i biała, było naprawdę emocjonujące, następnym razem mam chrapkę spróbować spływu w bardziej ekstremalnych warunkach. Oczywiście w międzyczasie też padało, ale ponieważ i tak byliśmy przemoczeni, nie robiło to już na nas zbyt dużego wrażenia.

Dygresja: żeby mi wynagrodzić przemoczenie w ciągu weekendu, los sprawił, że w chwili gdy nałożyłam szampon na włosy, wyłączono wodę. Z pianą we włosach ruszyłam do sklepu po worek z wodą, podgrzałam, spłukałam, jak umiałam i wtedy na nowo włączyli wodę... No nic, przynajmniej zaobserwowałam wzmożone zainteresowanie moją osobą na ulicy, a już zaczynało się robić nudno, bo lokalni żigolacy zdążyli się już do mnie przyzwyczaić ;)

Przygoda trzecia: parapente, czyli paralotnia w tandemie z instruktorem. Wyglądało z boku niesamowicie, niektórzy instruktorzy wyczyniali niezłe sztuczki ze swoimi pasażerami, niczym jazda na kolejce górskiej! Niestety nam się trafił albo jakiś ostrożniejszy, albo grypa, na którą się uskarżał zniechęcała go do podniebnych zabaw, gdyż udało mi się go namówić na tylko dwa młynki...

W oczekiwaniu na zdjęcia fruwającej Maliny, które będą za czas krótki, zdjęcia wyjątkowo zabawowego instruktora i jego pasażerki.





Poza zabawami wodno-powietrznymi robiliśmy też różne inne rzeczy, do poczytania w następnym odcinku!