Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Villa de Leyva. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Villa de Leyva. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 maja 2012

Ostatnie kolumbijskie puente

Za mną ostatni długi weekend, który spędzę w Kolumbii. W zasadzie to nieprawda, będzie jeszcze jeden, ale poświęcę go na rozpakowywanie plecaka po wycieczce do Amazonii i pakowanie waliz na powrót do kraju :)

Wreszcie odwiedziłam jedną z najbardziej popularnych kolumbijskich "destynacji", kolonialne miasteczko Villa de Leyva, założone w drugiej połowie XVI wieku i nazwane na cześć pierwszego prezydenta Nowego Królestwa Granady (tak pod władzą Hiszpanów nazywały się kiedyś tereny Kolumbii). Villa de Leyva podczas długich weekendów jest szczelnie wypełniona turystami, głównie z Bogoty, co nie jest takie fajne, ale w okolicach jest wiele ciekawych miejsc, a w samym miasteczku kryje się rewelacyjna francuska piekarnia - drobne uciążliwości były więc z zapasem wynagrodzone!




Pierwszego dnia, z pomocą pracownika lokalnego biura informacji turystycznej i opracowanej przez nie mapy, zaplanowaliśmy szczegółowo nasz objazd okolic. Również pierwszego dnia, już podczas objazdu, zorientowaliśmy się, że ów pracownik z pewnością nigdy nie próbował pokonać polecanej przez siebie trasy, gdyż inaczej wiedziałby, że drogi widniejące na mapie w rzeczywistości nie istnieją, ewentualnie znajdują się w zupełnie innym miejscu. Tak więc zupełnie niezgodnie z oryginalnym planem, po długich i wyczerpujących poszukiwaniach, trafiliśmy do Casa Terracota, architektonicznej fantazji w całości ulepionej z błota :) Co ciekawe, dom choć niezamieszkany, jest w pełni przygotowany do zamieszkania, światło działa, woda jest, w kominku drewno - tylko się wprowadzić!








Następnym przystankiem było prekolumbijskie obserwatorium astrologiczne kultury Muisca, które służyło również odprawianiu rytuałów płodności, nie dziwią więc te niepozostawiające wiele wyobraźni kształty...





Niedaleko Villa de Leyva, a w zasadzie niedaleko wioski Santa Sofía, płyną dwie rzeki, a pomiędzy nimi znajdują się wzgórza jak leżące słonie, których garbem wiedzie ścieżka. Na lewo wąwóz i rzeka, na prawo przepaść, wąwóz i druga rzeka, a górą prowadzi wąskie przejście zwane Paso del Ángel, które w najwęższym miejscu ma nie więcej niż 35cm szerokości. Lepiej nie patrzeć w dół!



Pozostając w tematyce religijnej, w końcu wracaliśmy znad Przełęczy Anioła, odwiedziliśmy siedemnastowieczny klasztor dominikanów Ecce Homo, a następnie ulegając pokusom ciała, znaleźliśmy zaprawdę zacną restaurację serwującą dania kuchni śródziemnomorskiej, gdzie wszyscy trzej kucharze byli wysocy i przystojni, a w powietrzu unosiły się apetyczne zapachy oraz atmosfera skomplikowanych romansów pomiędzy wzmiankowanymi kucharzami i kelnerkami.




Drugiego dnia znów było trochę archeologii i trochę mistycyzmu. Zaczęliśmy od odwiedzin u kronozaura, którego szkielet znaleziono tu ok. 35 lat temu.


Miasteczko Ráquira, zgodnie z nazwą (w języku Chibcha Ráquira to miasto garnków), znana jest z garncarstwa i wyrobów ceramicznych, choć dziś oczywiście i niestety większość sprzedawanych tam pamiątek to masowa produkcja. Samo miasteczko jest śliczne i kolorowe i nie brakuje w nim nawet glinianego Manneken Pisa.




Nieopodal, za górami, za lasami, leży odosobniony i przepiękny klasztor La Candelaria, ufundowany na początku XVII wieku przez zakon augustynów. Co cieszy, jest znakomicie zachowany i otoczony pieczołowitą opieką. W XVII wieku, w wydrążonych w skale jaskiniach, mieszkali tu pustelnicy, a w zakonnych celach nadal można oglądać metalowe bicze zakończone ostrymi kolcami. Dziś w jednym z klasztornych budynków działa wygodny hotel z saunami i jacuzzi.





Weekend zwieńczyliśmy lokalnymi przysmakami - znakomicie przyprawioną kiełbasą zwaną z racji długości longanizą i kolumbijską kaszanką, której jednak daleko do polskiej! Tu kaszanka jest w zasadzie ryżanką, bo kasz tu przecież nie ma, a oprócz ryżu nadziewana jest zielonym groszkiem. W smaku moim skromnym zdaniem jest mało wyrazista, nie wspominając już o braku nieodzownego chrzanu :) Na szczęście już za trzy tygodnie będę mogła pofolgować wytęsknionym kubkom smakowym, ale wcześniej mam nadzieję jeszcze spróbować piranii... Przede mną dwa ostatnie tygodnie pracy i nauki, a potem odwiedziny u Amazonki! Hasta pronto!