czwartek, 4 lutego 2010

Good morning Hanoi, goodbye Vietnam!

Tak wiec dotarlam wreszcie do glosnego, tlocznego, kolorowego, szalenczo pedzacego we wszystkich kierunkach naraz Hanoi! Na kazdym kroku widac tu idace pelna para przygotowania do TET, czyli chinskiego Nowego Roku, ktory w tym roku wypada w Walentynki. Na kazdej prawie ulicy rozstawione sa stragany z kwiatami (sztucznymi i prawdziwymi), amuletami, papierowymi ozdobami, pokemonami-skarbonkami i wszelakiego rodzaju innymi niezbednymi akcesoriami. Ruch uliczny tutaj nie ma sobie rownych: wyobrazcie sobie Warszawe o 17:00 w piatek, liczbe pasow pomnozcie przez trzy, zeby uzyskac wlasciwa liczbe sznurkow samochodow i dodajcie do tego nieskonczona ilosc skuterow przeciskajacych sie miedzy nimi. W dodatku skutery przewoza lustra, obrazy, wielkie beczki, szafy, materace, a nawet... rybki akwariowe w foliowych workach! A kiedy ulica nie da sie juz jechac, od czego sa chodniki!

Poza ciaglym narazaniem zycia, spedzam tu czas bardzo aktywnie. Bylam na przedstawieniu teatru marionetek wodnych: kukielki na wysiegnikach obslugiwanych przez ukrytych za scenografia aktorow, obutych w rybackie kaloszospodnie; humorystyczne scenki rodzajowe i sporo chlapania... Sztuka typowo wietnamska, podobnie jak prezentowana estetyka, poczucie humoru i towarzyszaca spektaklowi muzyka; doswiadczenie jedyne w swoim rodzaju... Zwiedzilam fantastyczne muzeum etnograficzne prezentujace kulture i tradycje 54 grup etnicznych zamieszkujacych Wietnam. Na jego terenie zrekonstruowano pieczolowicie kilkanascie tradycyjnych budynkow - ten miniskansen w sercu miejskiej dzungli niezwykle przypadl mi do gustu. Spacerowalam po Starowce, gdzie nazwy ulic upamietniaja dzialajace na nich niegdys cechy i odwiedzilam wspaniale odrestaurowany Memorial House - tak niegdys mieszkali wietnamscy mieszczanie. Wreszcie odwiedzilam piekna, lecz niestety oblepiona przez zwiedzajacych Swiatynie Literatury, poswiecona Konfucjuszowi pierwsza w Wietnamie uczelnie, zalozona w 1070 roku. Jezdzilam autobusami miejskimi, codziennie jadlam pyszne lody w lodziarni Fanny (ach, sorbet z marakui!), zdobylam wize tajska na 60 dni i wyslalam do domu paczke z prezentami i pamiatkami... Calkiem sporo, prawda? :)

A juz jutro wracam do Bangkoku na ponowne spotkanie z Nigelem, Orlando i Philem, a nastepnie z tym ostatnim ruszamy ku rajskim plazom poludnia!

Memorial House













Muzeum Etnograficzne

Dom zamoznej rodziny z mniejszosci tajskiej





"Dlugi dom" plemiona Edu (takie domy mierzyly kiedys nawet... 200 metrow!)





Grobowiec plemiona Giarai i strzegace go figurki










Swiatynie i ofiary...











Obrazki z ulic Hanoi




















Targowisko Dong Xuan



poniedziałek, 1 lutego 2010

Monsunowe lasy, koronkowe motyle i wyspy we mgle...

[Monitor komputera, przy ktorym siedze, jest koszmarny i nie mam pojecia, czy zdjecia, ktore wklejam, w ogole sa dobre, nawet nie moge ocenic, czy ostre! Prosze o wyrozumialosc :)]

Trasa z Hue na lezaca w zatoce Ha Long wyspe Cat Ba zajela mi 24 godziny... Najpierw 15 godzin w nocnym autobusie do Hanoi, potem szybki kurs motodopem, przesiadka do lokalnego pociagu jadacego do Haiphongu, taksowka, autobus, wodolot i jeszcze jeden autobus, i juz bylam u kresu - podrozy i sil!

Gnana niechecia do turystyki zorganizowanej oraz nadzieja (nie do konca spelniona) na oszczednosci, postanowilam nie kupowac wycieczki nad Ha Long w jednej z tysiecy agencji w Hanoi. Za baze w zatoce obralam Cat Be, chocby z tego powodu, ze to jedyna zamieszkala wyspa. Kolejne dni uplynely mi wylacznie na kontemplacji oszalamiajaco pieknych okolicznosci przyrody.

Aby rozruszac zastale miesnie, ruszylam na trase wiodaca ku Zabiemu Stawowi na terenie parku narodowego Cat Ba. Sam staw byl sporym rozczarowaniem, bo raczej byly to moczary, a zaby chyba mialy wolne, ale sam spacer przez wilgotny las tropikalny byl urokliwy, choc meczacy (ech, te gory...).

Dla domagajacych sie wizerunkow autorki:



Drzewa zlapane in flagranti:



Zabi Staw; potraficie zobaczyc linie wody?



A oto tytulowy motyl:



Dnia drugiego natomiast wsiadlam na dzonke i spedzilam dzien wsrod tysiecy wapiennych wysepek zatoki Lan Ha, wyrastajacych ze szmaragdowego morza jak... krecie kopce! Prawie kazda wysepke zamieszkuja potezne ptaki drapiezne, krazace dostojnie nad spokojnymi wodami. Najpiekniejsze momenty tego dnia to te, ktore spedzilam kajakujac pomiedzy wysepkami, zwiedzajac (kajakiem!) jaskinie i odkrywajac, co kryje sie za zakretem... Dzien byl pochmurny, ale tym bardziej magiczne wydaly mi sie widoki; zreszta sami zobaczcie:





































I na koniec kolejna fotozagadka, skoro je lubicie :) Aha, Wietnamczycy tez nie wiedza, co oznacza ten tajemniczy znak drogowy!