poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Pyszne ajiaco santafereño , nie do podrobienia
Ajiaco to tak naprawdę jedyna (według mnie) warta odnotowania potrawa kolumbijska. Ajiaco to w skrócie gęsta zupa ziemniaczana z kurczakiem i kukurydzą. Brzmi prosto, ale jak się za chwilę przekonacie, o składniki u nas raczej trudno...
Składniki na ajiaco:
pierś z kurczaka (tutaj sprzedawane z kośćmi i skórą)
trzy rodzaje ziemniaków (w tym papas criollas, pastusas i sabaneras)
arracacha
kilka gałązek guascas
kukurydza w kolbie
kostka rosołowa lub maggi
sól i pieprz do smaku
do podania ryż, awokado, gęsta śmietana i kapary
do posypania posiekana kolendra
W dużym rondlu zagotowujemy wodę, wkładamy do niej pierś kurczaka i gotujemy wywar. Do wywaru wkładamy kawałki arracachy i guascas, po jakimś czasie dodajemy pokrojone w plasterki ziemniaki i przekrojone na pół kolby kukurydzy. Ważne, by warzywa dodawać w kolejności, w jakiej będą dochodzić - najszybciej gotują się papas criollas (andyjskie małe, okrągłe ziemniaczki o żółtej barwie i charakterystycznym, maślanym smaku, w zupie mogą się zupełnie rozgotować, o co w zasadzie chodzi; wkładamy je do prawie gotowej zupy), kukurydza, pastusas (zwykłe ziemniaki) i sabaneras (ziemniaki o czerwono-fioletowej skórce) potrzebują więcej czasu. Kiedy arracacha jest już miękka, warto wyłowić ją z zupy i zmiksować w blenderze z niewielką ilością wywaru i ew. kilkoma listkami guascas - moim zdaniem bardzo poprawia to smak i kolor zupy, a korzeń sam w sobie jest niespecjalnie smaczny. Kurzą pierś wyjmujemy z garnka i dzielimy widelcem na kawałki. Mamy więc już gęstą zupę, kurczak miękki i w kawałkach, arracacha zmiksowana, kukurydza i ziemniaki miękkie, a criolla prawdopodobnie zupełnie się rozgotowały. Nakładamy porcje zupy do głębokich misek, na wierzch kładziemy kawałki kurczaka, połówkę kolby kukurydzy (dla ułatwienia konsumpcji można nadziać ją na drewnianą szpadkę), robimy kleks ze śmietanki i suto posypujemy świeżo posiekaną kolendrą. Na osobnym talerzyku podajemy przekrojone na pół awokado, ryż i kapary (gdyż nie każdy je lubi; moim zdaniem są niezbędne w ajiaco!)
Jak widzicie, zupa niestety nie do podrobienia w polskich warunkach, choć próbujcie. Wiem, że w PL można kupić korzenie manioku, czyli cassavy, czyli yukki - to nie to samo, ale może ujdzie w tłumie. Duże trudności przewiduję też w zastąpieniu papas criollas - mają naprawdę unikalny smak i konsystencję. Chwast znany tu jako guascas rośnie w Polsce w każdym rowie i jest absolutnie niezbędny!
Szczęśliwi wybrańcy będą mieli okazję spróbować prawdziwego ajiaco po moim powrocie, gdyż zamierzam upchnąć w walizce niezbędne produkty. A powrót już za 50 dni, więc zacznijcie przygotowania do powitalnej imprezy ;]
środa, 18 kwietnia 2012
Semana Santa
Święta, Święta i po Świętach, a spędziliśmy je rodzinnie, w Sogamoso. Różnic wiele: po pierwsze, tutaj świętuje się Wielki Tydzień, a konkretnie dni od Wielkiego Czwartku do niedzieli. Po drugie, podobnie jak Boże Narodzenie, Wielkanoc jest tutaj głównie pretekstem do spotkań towarzyskich. Niedziela Wielkanocna jest w zasadzie dniem powrotów do domu, a nasz swojski Lany Poniedziałek, jak można się domyślać, jest po prostu zwykłym dniem pracującym. Usiłowałam z aparatem podejrzeć i udokumentować barwne w moim wyobrażeniu zwyczaje, ale niestety plan spalił na panewce. Najpierw wmawiano mi, że droga krzyżowa odprawiana jest w sobotę rano. Później, że w sobotę rano jednak jest msza rezurekcyjna. Faktycznie w sobotę (o 5 rano!) ulicami miasta przeszła procesja, lecz niezwykle skromna: na przedzie figura Matki Boskiej, a za nią około 30 ukrytych pod parasolami, zaspanych osób. Nie udało mi się dowiedzieć, kiedy odbywa się procesja z kiczowato kolorowymi figurami świętych i leżącym w trumnie Chrystusem, które w okresie Wielkanocy wystawiane są w kościołach. Być może większe szanse na "ustrzelenie" lokalnego kolorytu miałabym w mniejszych miejscowościach, gdzie ludność bardziej religijna i tradycyjna.
Jak widzicie, nasze wyobrażenie o jednolicie katolickiej Ameryce Południowej jest kompletnie błędne. Tu, w Kolumbii, coraz większą popularność zyskują kościółki nazywane chrześcijańskimi. Jeżeli dobrze rozumiem, są to kościółki uogólniając protestanckie, których członkowie zwracają się do siebie per "siostro" i "bracie", inspirowane wielością podobnych kościołów działających w USA. Zdziwniej i zdziwniej...
W poszukiwaniu ducha Wielkanocy z upodobaniem odwiedzaliśmy okoliczne kościoły. W Mongui zwiedziliśmy potężny gmach zakonu, wzniesiony już w XVII wieku. Budynek jest chlubą regionu, zwłaszcza wiszące w centralnym jego miejscu oryginalne obrazy pędzla Gregorio Vázqueza Arce y Ceballos, najważniejszego kolumbijskiego malarza ery kolonialnej.


Siedziba zakonu dostępna jest do zwiedzania zaledwie kilka dni w roku. Ewidentny jest brak jakichkolwiek środków na konserwację tego zabytku. Serce się kraje na widok zniszczeń i zaniedbań. Kilkusetletnie obrazy, meble, tkaniny i książki narażone są na nieustanny wpływ warunków atmosferycznych i pozostawione są w zasadzie same sobie. Smutne.


Kaplica pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy, niestety znów zamknięta na cztery spusty:

Główny plac Mongui po czwartkowej mszy:





Mongui znane też jest z produkcji ręcznie szytych piłek i pysznych kiełbasek zwanych genovas:


Odwiedziliśmy też górniczą miejscowość Tópaga, z uroczym plaza mayor, która słynie z wyrobu naprawdę atrakcyjnej biżuterii i wyrobów dekoracyjnych z węgla. W Tópadze jest też bardzo ciekawy kościół, którego ściany ozdobione są dziesiątkami luster. Podobno w taki właśnie oryginalny sposób misjonarze starali się przyciągnąć do kościoła ciekawskich Indian. A żeby, już przyciągnąwszy, zatrzymać ich w okowach jedynej właściwej wiary, straszyli ich wizerunkiem diabła, królującym pośród aniołów na sklepieniu łuku tęczowego, oddzielającego prezbiterium od nawy.
Semana Santa, jak już wspominałam, to okres intensywnej aktywności towarzyskiej. To, co bardzo mi się podobało, to olbrzymia ilość imprez kulturalnych, o charakterze niekoniecznie nawiązującym tematycznie do ukrzyżowania i zmartwychwstania... Byliśmy na pantomimie Perfect Body, wyśmiewającej współczesną obsesję pięknem i ciałem idealnym. W Wielki Piątek wybraliśmy się na koncert całkiem niezłego chóru z Wenezueli, któremu towarzyszył koszmarny kwartet smyczkowy; pierwsza część raczej adekwatnie składała się m. in. z fragmentów "Pasji wg. św. Mateusza" Bacha i "Lacrimosy" Mozarta, lecz w drugiej części wysłuchaliśmy recitalu popularnych piosenek latynoamerykańskich - radość, taniec, miłość i muzyka.
A w sobotę zjedliśmy tradycyjne śniadanie, czyli mocno intrygującą w smaku zupę o nazwie changua: woda zabielona mlekiem, do niej wkruszony chleb, jajko w koszulce, ser (oczywiście... tu serem posypuje się nawet brzoskwinie w syropie...), wszystko szczodrze oprószone kolendrą i posolone. Jak Wam się podoba?
Jak widzicie, nasze wyobrażenie o jednolicie katolickiej Ameryce Południowej jest kompletnie błędne. Tu, w Kolumbii, coraz większą popularność zyskują kościółki nazywane chrześcijańskimi. Jeżeli dobrze rozumiem, są to kościółki uogólniając protestanckie, których członkowie zwracają się do siebie per "siostro" i "bracie", inspirowane wielością podobnych kościołów działających w USA. Zdziwniej i zdziwniej...
W poszukiwaniu ducha Wielkanocy z upodobaniem odwiedzaliśmy okoliczne kościoły. W Mongui zwiedziliśmy potężny gmach zakonu, wzniesiony już w XVII wieku. Budynek jest chlubą regionu, zwłaszcza wiszące w centralnym jego miejscu oryginalne obrazy pędzla Gregorio Vázqueza Arce y Ceballos, najważniejszego kolumbijskiego malarza ery kolonialnej.
Siedziba zakonu dostępna jest do zwiedzania zaledwie kilka dni w roku. Ewidentny jest brak jakichkolwiek środków na konserwację tego zabytku. Serce się kraje na widok zniszczeń i zaniedbań. Kilkusetletnie obrazy, meble, tkaniny i książki narażone są na nieustanny wpływ warunków atmosferycznych i pozostawione są w zasadzie same sobie. Smutne.
Kaplica pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy, niestety znów zamknięta na cztery spusty:
Główny plac Mongui po czwartkowej mszy:
Mongui znane też jest z produkcji ręcznie szytych piłek i pysznych kiełbasek zwanych genovas:
Odwiedziliśmy też górniczą miejscowość Tópaga, z uroczym plaza mayor, która słynie z wyrobu naprawdę atrakcyjnej biżuterii i wyrobów dekoracyjnych z węgla. W Tópadze jest też bardzo ciekawy kościół, którego ściany ozdobione są dziesiątkami luster. Podobno w taki właśnie oryginalny sposób misjonarze starali się przyciągnąć do kościoła ciekawskich Indian. A żeby, już przyciągnąwszy, zatrzymać ich w okowach jedynej właściwej wiary, straszyli ich wizerunkiem diabła, królującym pośród aniołów na sklepieniu łuku tęczowego, oddzielającego prezbiterium od nawy.
Semana Santa, jak już wspominałam, to okres intensywnej aktywności towarzyskiej. To, co bardzo mi się podobało, to olbrzymia ilość imprez kulturalnych, o charakterze niekoniecznie nawiązującym tematycznie do ukrzyżowania i zmartwychwstania... Byliśmy na pantomimie Perfect Body, wyśmiewającej współczesną obsesję pięknem i ciałem idealnym. W Wielki Piątek wybraliśmy się na koncert całkiem niezłego chóru z Wenezueli, któremu towarzyszył koszmarny kwartet smyczkowy; pierwsza część raczej adekwatnie składała się m. in. z fragmentów "Pasji wg. św. Mateusza" Bacha i "Lacrimosy" Mozarta, lecz w drugiej części wysłuchaliśmy recitalu popularnych piosenek latynoamerykańskich - radość, taniec, miłość i muzyka.
A w sobotę zjedliśmy tradycyjne śniadanie, czyli mocno intrygującą w smaku zupę o nazwie changua: woda zabielona mlekiem, do niej wkruszony chleb, jajko w koszulce, ser (oczywiście... tu serem posypuje się nawet brzoskwinie w syropie...), wszystko szczodrze oprószone kolendrą i posolone. Jak Wam się podoba?
środa, 21 marca 2012
Jak wyrobić cédula de extranjería. Przewodnik w 20 prostych krokach.
Krok 1: Odwiedź biuro DAS, żeby uzyskać informację nt wymaganych dokumentów i pobrać niezbędne formularze.
Krok 2: Znajdź laboratorium, które wykonuje badanie grupy krwi i jest chętne wystawić oficjalne zaświadczenie dla DAS.
Krok 3: Zrób zdjęcia dowodowe w formacie 3x4 na niebieskim tle. Nie możesz wykorzystać zdjęć zrobionych wcześniej do wizy, gdyż te były na białym tle.
Krok 4: Wypełnij formularze i zrób kserokopie pierwszej strony paszportu i wizy.
Krok 5: Zrób w banku przelew na kwotę podaną przez DAS w kroku 1.
Krok 6: Wróć do DAS, żeby się dowiedzieć, że pomiędzy Twoją poprzednią i obecną wizytą uległa zmianie opłata skarbowa.
Krok 7: Wróć do banku i zrób kolejny przelew.
Krok 8: Ponownie udaj się do DAS i złóż dokumenty.
Krok 9: Poczekaj cierpliwie (to klucz do sukcesu całej operacji!), aż zostaniesz wezwana/y na zaplecze.
Krok 10: Daj się ponownie sfotografować, zeskanować odciski wszystkich palców razem i osobno, oraz zostaw odciski wszystkich palców prawej ręki w tuszu.
Krok 11: Wróć do kolejki i cierpliwego oczekiwania w niej.
Krok 12: Odbierz swój paszport z wpisanym numerem przyszłego dokumentu.
Krok 13: Po upływie 15 lub 20 dni roboczych wybierz się do DAS po odbiór dokumentu.
Krok 14: Dowiedz się, że cédula jeszcze nie jest gotowa.
Krok 15: Poproś o wystawienie zaświadczenia, że cédula jest w trakcie wyrabiania, gdyż bez niej nie możesz otworzyć konta w banku i otrzymywać wynagrodzenia.
Krok 16: Podpisz wystawione zaświadczenie.
Krok 17: Dowiedz się, że zaświadczenie możesz odebrać dopiero następnego dnia, gdyż musi być podpisane przez enigmatycznego szefa.
Krok 18: Ponownie wróć do DAS, profilaktycznie dając im dodatkowe kilka dni.
Krok 19: Odbierz wydrukowany na skrawku papieru tymczasowy dokument, który musisz samodzielnie i na własny koszt zalaminować.
Krok 20: Wysłuchaj z osłupieniem informacji, że stała cédula będzie gotowa za 5 (słownie "pięć") miesięcy, kiedy dopełni się zastąpienie DASu przez Migración Colombia.
CDN...
Krok 2: Znajdź laboratorium, które wykonuje badanie grupy krwi i jest chętne wystawić oficjalne zaświadczenie dla DAS.
Krok 3: Zrób zdjęcia dowodowe w formacie 3x4 na niebieskim tle. Nie możesz wykorzystać zdjęć zrobionych wcześniej do wizy, gdyż te były na białym tle.
Krok 4: Wypełnij formularze i zrób kserokopie pierwszej strony paszportu i wizy.
Krok 5: Zrób w banku przelew na kwotę podaną przez DAS w kroku 1.
Krok 6: Wróć do DAS, żeby się dowiedzieć, że pomiędzy Twoją poprzednią i obecną wizytą uległa zmianie opłata skarbowa.
Krok 7: Wróć do banku i zrób kolejny przelew.
Krok 8: Ponownie udaj się do DAS i złóż dokumenty.
Krok 9: Poczekaj cierpliwie (to klucz do sukcesu całej operacji!), aż zostaniesz wezwana/y na zaplecze.
Krok 10: Daj się ponownie sfotografować, zeskanować odciski wszystkich palców razem i osobno, oraz zostaw odciski wszystkich palców prawej ręki w tuszu.
Krok 11: Wróć do kolejki i cierpliwego oczekiwania w niej.
Krok 12: Odbierz swój paszport z wpisanym numerem przyszłego dokumentu.
Krok 13: Po upływie 15 lub 20 dni roboczych wybierz się do DAS po odbiór dokumentu.
Krok 14: Dowiedz się, że cédula jeszcze nie jest gotowa.
Krok 15: Poproś o wystawienie zaświadczenia, że cédula jest w trakcie wyrabiania, gdyż bez niej nie możesz otworzyć konta w banku i otrzymywać wynagrodzenia.
Krok 16: Podpisz wystawione zaświadczenie.
Krok 17: Dowiedz się, że zaświadczenie możesz odebrać dopiero następnego dnia, gdyż musi być podpisane przez enigmatycznego szefa.
Krok 18: Ponownie wróć do DAS, profilaktycznie dając im dodatkowe kilka dni.
Krok 19: Odbierz wydrukowany na skrawku papieru tymczasowy dokument, który musisz samodzielnie i na własny koszt zalaminować.
Krok 20: Wysłuchaj z osłupieniem informacji, że stała cédula będzie gotowa za 5 (słownie "pięć") miesięcy, kiedy dopełni się zastąpienie DASu przez Migración Colombia.
CDN...
wtorek, 20 marca 2012
Operacja "Pustynna Burza"
Ok. 200-300 km od Bogoty (zależy, jak liczyć - po głównej drodze czy na skróty, przez rzekę) leży pustynia Tatacoa, nazwana tak na cześć mieszkających na niej grzechotników. Tatacoa to ok. 330 km² pomarańczowo-szarej ziemi upstrzonej kępami wysokich kaktusów. Tak naprawdę pustynią nie jest, bo rosną na niej antypatyczne kolczaste rośliny, ale tak czy owak to jeden z najbardziej suchych regionów Kolumbii. Na pustynię można się wybrać, by podziwiać piękne formy utworzone przez wszechpotężną siłę erozji, zaznać ciszy i spokoju oraz obserwować 80 konstelacji doskonale tu widocznych nocą. Mnie głównie kusiło suche, gorące powietrze.
Wycieczka była motocyklowa, a ponieważ w Kolumbii te 200-300 km można jechać nawet bez końca, przygotowaliśmy się bardzo solidnie. Tak więc zamiast upatrzonych już dawno pięknych balerin nabyłam porządną kurtkę motocyklową, dostałam też komplet ochraniaczy na łokcie i kolana, a motor został wyposażony w specjalny stelaż do zamontowania sakw podróżnych. W tym kraju, gdzie główną cechą autochtonów jest niefrasobliwość, wzbudzaliśmy spore zainteresowanie. Nasze zainteresowanie natomiast wzbudzali kierowcy i pasażerowie motocykli odziani w szorty, koszulki na szeleczkach i japonki, poruszający się ze zdecydowanie zbyt dużą prędkością po zatłoczonej trasie. Cóż, może poza niefrasobliwością należy wspomnieć o zauważalnym braku wyobraźni.
Pobudkę zarządziliśmy o 4 rano, więc już o 4:30 byłam gotowa do drogi i mogłam spokojnie poczekać godzinę na mojego kierowcę, który musiał wysłać sporą partię służbowych maili. Postanowiliśmy wybrać wariant krótszy i przeprawić się przez Rio Magdalena promem, wypatrywaliśmy więc miejscowości Aipe. Dodam, że tutaj znaki drogowe są dobrem reglamentowanym, a większość miejscowości mijanych po trasie nie dorobiła się tablic z nazwą na wjeździe. W którymś momencie dostrzegliśmy jednak wyblakły od słońca drogowskaz na Desierto de la Tatacoa. Z powątpiewaniem spojrzeliśmy w głąb wąskiej, lecz asfaltowej drogi, jednakże mieszkająca na skrzyżowaniu mama niezliczonej gromadki dzieci przekonywała nas, że motorem przejedziemy. Faktycznie, przejechaliśmy i dojechaliśmy do rzeki, gdzie okazało się, że prom i przeprawa wyglądają tak, jak na poniższych zdjęciach.
Po drugiej stronie Rio Magdalena powitała nas wioseczka o szumnej nazwie Victoria oraz całkowicie odmienny krajobraz - ziemia pomarszczona i pofałdowana, porośnięta kępkami suchej trawy, z ukontentowaniem konsumowanymi przez płowe krowy i ulubione przeze mnie typowe dla ciepłych krajów "drzewa parasolowe", których nazwy nadal nie znam. Zatrzymaliśmy się w miasteczku Villa Vieja na obiad (mięciutka kozina podana z ryżem z wątróbką niewiadomego mi pochodzenia) i tak posileni ruszyliśmy na pustynię.
Gnani odwieczną potrzebą dotarcia jak najdalej, na nocleg wybraliśmy leżące prawie w samym sercu pustyni miejsce zwane Peñón de Constantino. Jairo, właściciel tej posady, czyli po naszemu kwatery, zapalony miłośnik pustyni i poszukiwacz skamienielin (które, dodam, skrupulatnie przekazuje odpowiednim instytucjom) i jego żona Cristina okazali się gospodarzami bardzo miłymi, aczkolwiek przestrzegającymi pilnie zasady "spiesz się powoli". Na przygotowanie naszego domku na kurzej nóżce czekaliśmy 5-6 godzin, na kolację dwie, na śniadanie tylko godzinę.
Kamień Constantina leży w ocienionej dość rachitycznymi, lecz licznymi, drzewkami dolince. Z kamienia bije woda - ciało zmęczone upałem można schłodzić w basenie wypełnionym źródlaną wodą. Nie było nam to dane, gdyż nasz cichy zakątek nawiedziły tłumy niedzielnych turystów, spragnionych ochłody. Postanowiliśmy optymistycznie odłożyć orzeźwiającą kąpiel na poniedziałek i czekaliśmy niecierpliwie zapadnięcia zmroku i pięknego gwiezdnego pokazu nad głowami. Najpierw pojawili się Wenus i Jupiter, którzy w połowie marca wyznaczyli sobie randkę. Powoli zaczęły się wyłaniać konstelacje, wiszące nam tuż nad głowami, lecz że pora była wczesna, postanowiliśmy poczekać jeszcze z godzinkę, by podziwiać widowisko w pełnej krasie. Po godzinie okazało się, że całe niebo jest zasnute chmurami! Po kolejnej godzinie zaczęło grzmieć, a na horyzoncie pojawiły się błyskawice. Po kolejnych kilku godzinach, już praktycznie nad ranem, zerwał się tak silny wiatr, że my z kolei zerwaliśmy się z łóżka, przerażeni wizją motoru leżącego na boku i broczącego benzyną. Ledwo zdążyliśmy wrócić pod strzechę, lunęło jak z cebra i padało nieprzerwanie aż do śniadania.
Po śniadaniu przestało padać, lecz niebo nadal szczelnie było zakryte chmurami, więc niepewni dalszej pogody uznaliśmy, że spakujemy się, spróbujemy przebić do głównej drogi i zwiedzimy kilka interesujących miejsc. Plan był świetny, lecz wykonanie nieco gorsze. Okazało się, że pokrywający pustynię piach zamienił się w ciągu nocy w lepkie, gęste błoto, które w okamgnieniu oblepiło cały motor. Kilka godzin pchania i oskrobywania błotników i kół z błocka (w moim wykonaniu) i kilka upadków w błocko wraz z motorem (w wykonaniu Leo) wystarczyły, by odeszła nas chęć do dalszych eksploracji. Zatrzymaliśmy się więc jedynie w miejscu zwanym Labiryntami Cusco, by pstryknąć kilka zdjęć i ruszyliśmy w drogę powrotną do Bogoty.
Ledwo ruszyliśmy, okazało się, że na co dzień niewiele eksploatowany motocykl nie podołał wyzwaniu - objawiła się jakaś awaria, która pozbawiła silnik większości mocy, a nas możliwości podróżowania z prędkością większą niż 80 km/h. Gdy byliśmy już niemalże u bram Bogoty, okazało się, że nawet policyjna akcja "Powrót" niewiele pomogła. Mimo że na koniec długiego weekendu trasa nr 45 otwarta była tylko w kierunku na Bogotę, ostatnie 20km spędziliśmy lawirując pomiędzy autami tkwiącymi w korku. Moja relacja nie byłaby rzetelna, gdybym nie wyjaśniła, że kolumbijski korek jest istnym piekłem: liczba pasów jest wybitnie teoretyczna i bardzo zmienna, kierowcy niesubordynowani i nieprzestrzegający żadnych reguł współżycia społecznego, a do chaosu przyczyniają się niemrawo "kierujący ruchem" policjanci. Do domu dotarliśmy po ok. 12 godzinach od momentu opuszczenia przytulnej oazy. Nie ma to jak spędzić weekend w ciszy i spokoju, relaksując się, odpoczywając i nabierając sił na kolejny pracowity tydzień!
poniedziałek, 20 lutego 2012
W cieniu Monserrate
Podobno niedawno przeprowadzone badania opinii publicznej dowodzą, że Kolumbijczycy to jeden z najszczęśliwszych narodów świata. Po niedawnych bataliach z tutejszymi urzędami, przepisami, papierologią oraz normami budowlanymi, zastanawiam się, czy faktycznie są zadowoleni z życia, czy raczej niewybredni; czy brakuje im perspektywy i wyobraźni tego, jak być może, czy faktycznie wystarcza im to, co jest.
O wizie już pisałam i nie będę powracać do tej frustrującej wyprawy. Okazuje się, że mogło być dużo gorzej - moja chińska koleżanka od ponad tygodnia czeka w Ekwadorze na decyzję pracowników konsulatu Kolumbii... Po uzyskaniu wizy na okres dłuższy niż trzy miesiące należy spełnić wymóg kolumbijskiego biura bezpieczeństwa i wyrobić sobie cédula de extranjería, czyli dowód osobisty dla cudzoziemców. W tym celu należy odsiedzieć swoje w kolejce w DASie, przynieść wypełnione formularze, dowód przelewu opłaty (ponad 260 zł!), zdjęcia, kopie paszportu, dokument zaświadczający o grupie krwi, dać się ponownie sfotografować i zostawić odciski palców, zarówno w wersji cyfrowej, jak i tradycyjnej - no wiecie, tusz, papier, jak na komisariacie. Nieistotne, że wszelkie te dane już są w systemie DAS - wszakże 3 tygodnie temu byłam tu przedłużać wizę turystyczną, która pechowo się skończyła na tydzień przed wycieczką do Wenezueli. Zapewne łatwiej i szybciej jest robić wszystko od nowa, na piechotę, niż skorzystać z opcji "kopiuj - wklej"... Potem wystarczy jedynie poczekać 20 dni roboczych na wydrukowanie ważnego przez 5 lat dokumentu.
Bez cédula de extranjería nie ma mowy np. o otwarciu rachunku bankowego, paszport jest wszakże dokumentem mało wiarygodnym. Tak więc nadal dostaję wypłaty "do ręki", co zresztą akurat niespecjalnie mi przeszkadza, gdyż tutaj za obsługę konta się płaci. Ach, stary dobry mBank, gdzie wszystko mam za darmo i który zadowala się tym, że raz na kilka miesięcy zrobię debet na koncie i zapłacę im 6,24 zł odsetek! Tu są nawet banki, które pobierają prowizję za wypłaty w ich własnych bankomatach!
Przede mną jeszcze batalia związana z zarejestrowaniem się w tutejszym systemie opieki społecznej - podobno mogę, jako zleceniobiorca, a nie osoba zatrudniona na etat, zadeklarować składki od minimalnego wynagrodzenia, co jest dobrą wieścią, gdyż wszystko wskazuje na to, że w sumie składki na ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne wynoszą tutaj ok. 20% podstawy! Podobno mogę też wybrać opcję dobrowolnego ubezpieczenia emerytalnego, co też cieszy. Zwróćcie uwagę na nieprzypadkowy dubel słowa "podobno" - bo nikt nie wie na pewno...
Niemalże z rozrzewnieniem wspominam więc mój nowiutki, mało śmigany urząd skarbowy na Postępu, gdzie "pani wyczytująca kolejne numerki nigdy się nie myli" (to cytat autentyczny, tak się zachwycała pewna płatniczka, czekająca obok mnie na swoją kolej).
Z podziwem też pochylam się nad kunsztem i dokładnością polskiej branży budowlanej - czy wiecie, jak solidnie budowane są nasze mieszkania i domy? Nie, że przyjdzie wilk, chuchnie i dmuchnie, i nasz dom złoży się, niczym zbudowany z kart. Przyszła burza, a nie wilk, za to porządna, z gradem. Dach przeciekał nam w sześciu miejscach. Na szczęście akurat tego dnia wcześniej skończyłam pracę i mogłam podstawiać wiadra i miski tu i ówdzie, a w zasadzie wszędzie. W jednym miejscu, a konkretnie w "jadalnym", utworzył się prawdziwy wodospad, który w ciągu 10 minut zapełnił 7 wiader! Ściany cienkie na pół cegły, okna wstawione na słowo honoru, szpary, dziury i luki gdzie tylko jest to fizycznie możliwe - czyli budownictwo latynoskie pełną gębą! I nieistotne, że akurat tutaj, na 2,5 km wysokości, klimat nie jest tropikalny - techniki budowlane są identyczne, jak na wybrzeżu karaibskim, więc nocą, gdy temperatura spada do ok. 5 stopni, jedynym ratunkiem są swetry, koce i (w moim przypadku) przenośna farelka.
Żeby nie dać się zdołować biurokracji i pogodzie, jak również korzystając z ostatniego wolnego weekendu (do czerwca będę pracować też w soboty), postanowiliśmy oddać się jak najbardziej intensywnie rozrywkom kulturalnym. Byliśmy na "Artyście" (grają go w Polsce?) - obok mnie siedziały dwie histerycznie chichoczące dziewczyny, które chyba po raz pierwszy w życiu oglądały coś, co nie jest "Simpsonami" w telewizji ("Simpsonowie" są tu zastraszająco popularni!) i do rozpuku rechotały nawet podczas zupełnie nieśmiesznych scen.
Potem poszliśmy na koncert jazzowy, który okazał się nudnawy, więc koncentrowałam się na niezwykle ekspresyjnej mimice kontrabasisty (jeżeli takie same miny robi podczas miłosnych uniesień - pas!) i kontemplacji lokalnych obyczajów tekstylno-odzieżowych (95% publiczności koncertu, który dodam odbywał się w kawiarni, a nie w parku czy na dworcu, pozostała w szczelnie zapiętych kurtkach, bo jak już wcześniej pisałam, tutaj kurtek ani butów się nie zdejmuje aż do momentu pójścia do łóżka. Imaginujecie sobie? Siedzimy w kawiarni, pijemy winko czy piwo, w puchówce).
Na zakończenie weekendu poszliśmy na spektakl taneczny, który miał opisywać mity o stworzeniu korzystając ze współczesnych środków wyrazu. Zaczęło się od obandażowanych mumii kolebiących sklepowymi koszykami, skończyło na jakimś strasznym dziaduniu szukającym gorączkowo tajemniczego dokumentu (pewnie też musiał wyrobić sobie dowód osobisty!), a pośrodku byli jeszcze osobnicy w garniakach modlący się do pieniądza i popalający skręty... Na wspomnienie "Lipca" czy "Naszej klasy" aż mi się odechciało podejmować kolejnych prób pogłębienia mojego tutejszego życia kulturalnego. Na szczęście odkryłam dwie stacje radiowe nadające muzykę klasyczną! A w marcu odbywa się w Bogocie Iberoamerykański Festiwal Teatru, który gościć będzie m.in. "Ślepców" Teatru KTO. Moi kulturalnie obeznani przyjaciele: warto?
Te wszystkie refleksje chyba sprowokowała Niśka niewinnym pytaniem o to, co mnie tak pociąga w tej Kolumbii. Odpowiedź, jak widzicie, nie jest oczywista...
Z akcentów jednoznacznie pozytywnych: od trzech tygodni pracuję na uczelni pod wezwaniem Najświętszej Panny Różańcowej (nie, to nie żart!) i jestem jak na razie niezmiernie zadowolona. Młodzi (17-19 lat) ludzie, których uczę, są przemili, pilni, zaangażowani, zainteresowani i żądni wiedzy, więc satysfakcja, jaką czerpię z pracy, jest olbrzymia. Uczelnia ma trzy lokalizacje, ja pracuję w centrum, w przepięknym kolonialnym budynku z wewnętrznym dziedzińcem i krużgankami, krytym czerwoną dachówką oraz w północnym kampusie, który jest niczym żywcem przeniesiony z najlepszych amerykańskich uczelni. W absolutnie każdej sali jest komputer z dostępem do internetu i rzutnik, jest czysto, jasno i przestronnie, a oprócz sal do nauki jest klub fitness i boiska do czego tylko dusza zapragnie. Nie ma tylko jednego: wind, więc nie ma mowy o jakiejkolwiek równości szans dla osób z upośledzeniami fizycznymi. Ale, jak mi tu ktoś klarował, studenci Universidad del Rosario pochodzą z bardzo dobrych, zamożnych rodzin, a w takich pewnie rodzą się tylko super zdrowe, silne dzieci... No i znów wyszło niejednoznacznie pozytywnie!
Mam, to będzie kompletnie pozytywne! Z braku laku, a dokładnie pączków, uczciłam Tłusty Czwartek drożdżowymi racuchami jak u babci, wyszły znakomicie, wybitnie podniosły nastrój i jak tuszę, były bardzo zdrowe i zupełnie nietuczące!

PS: Z cyklu "czego szukają w google'u osoby trafiające na mój blog". Do tej pory na liście intrygujących haseł wpisywanych w wyszukiwarkę królowała "plaża małych gołych metodystów", teraz zyskała zacnego rywala w postaci zapytania "folia zamiast prezerwatywy"... Odpowiadam więc: nie mam pojęcia, nigdy nie próbowałam!
O wizie już pisałam i nie będę powracać do tej frustrującej wyprawy. Okazuje się, że mogło być dużo gorzej - moja chińska koleżanka od ponad tygodnia czeka w Ekwadorze na decyzję pracowników konsulatu Kolumbii... Po uzyskaniu wizy na okres dłuższy niż trzy miesiące należy spełnić wymóg kolumbijskiego biura bezpieczeństwa i wyrobić sobie cédula de extranjería, czyli dowód osobisty dla cudzoziemców. W tym celu należy odsiedzieć swoje w kolejce w DASie, przynieść wypełnione formularze, dowód przelewu opłaty (ponad 260 zł!), zdjęcia, kopie paszportu, dokument zaświadczający o grupie krwi, dać się ponownie sfotografować i zostawić odciski palców, zarówno w wersji cyfrowej, jak i tradycyjnej - no wiecie, tusz, papier, jak na komisariacie. Nieistotne, że wszelkie te dane już są w systemie DAS - wszakże 3 tygodnie temu byłam tu przedłużać wizę turystyczną, która pechowo się skończyła na tydzień przed wycieczką do Wenezueli. Zapewne łatwiej i szybciej jest robić wszystko od nowa, na piechotę, niż skorzystać z opcji "kopiuj - wklej"... Potem wystarczy jedynie poczekać 20 dni roboczych na wydrukowanie ważnego przez 5 lat dokumentu.
Bez cédula de extranjería nie ma mowy np. o otwarciu rachunku bankowego, paszport jest wszakże dokumentem mało wiarygodnym. Tak więc nadal dostaję wypłaty "do ręki", co zresztą akurat niespecjalnie mi przeszkadza, gdyż tutaj za obsługę konta się płaci. Ach, stary dobry mBank, gdzie wszystko mam za darmo i który zadowala się tym, że raz na kilka miesięcy zrobię debet na koncie i zapłacę im 6,24 zł odsetek! Tu są nawet banki, które pobierają prowizję za wypłaty w ich własnych bankomatach!
Przede mną jeszcze batalia związana z zarejestrowaniem się w tutejszym systemie opieki społecznej - podobno mogę, jako zleceniobiorca, a nie osoba zatrudniona na etat, zadeklarować składki od minimalnego wynagrodzenia, co jest dobrą wieścią, gdyż wszystko wskazuje na to, że w sumie składki na ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne wynoszą tutaj ok. 20% podstawy! Podobno mogę też wybrać opcję dobrowolnego ubezpieczenia emerytalnego, co też cieszy. Zwróćcie uwagę na nieprzypadkowy dubel słowa "podobno" - bo nikt nie wie na pewno...
Niemalże z rozrzewnieniem wspominam więc mój nowiutki, mało śmigany urząd skarbowy na Postępu, gdzie "pani wyczytująca kolejne numerki nigdy się nie myli" (to cytat autentyczny, tak się zachwycała pewna płatniczka, czekająca obok mnie na swoją kolej).
Z podziwem też pochylam się nad kunsztem i dokładnością polskiej branży budowlanej - czy wiecie, jak solidnie budowane są nasze mieszkania i domy? Nie, że przyjdzie wilk, chuchnie i dmuchnie, i nasz dom złoży się, niczym zbudowany z kart. Przyszła burza, a nie wilk, za to porządna, z gradem. Dach przeciekał nam w sześciu miejscach. Na szczęście akurat tego dnia wcześniej skończyłam pracę i mogłam podstawiać wiadra i miski tu i ówdzie, a w zasadzie wszędzie. W jednym miejscu, a konkretnie w "jadalnym", utworzył się prawdziwy wodospad, który w ciągu 10 minut zapełnił 7 wiader! Ściany cienkie na pół cegły, okna wstawione na słowo honoru, szpary, dziury i luki gdzie tylko jest to fizycznie możliwe - czyli budownictwo latynoskie pełną gębą! I nieistotne, że akurat tutaj, na 2,5 km wysokości, klimat nie jest tropikalny - techniki budowlane są identyczne, jak na wybrzeżu karaibskim, więc nocą, gdy temperatura spada do ok. 5 stopni, jedynym ratunkiem są swetry, koce i (w moim przypadku) przenośna farelka.
Żeby nie dać się zdołować biurokracji i pogodzie, jak również korzystając z ostatniego wolnego weekendu (do czerwca będę pracować też w soboty), postanowiliśmy oddać się jak najbardziej intensywnie rozrywkom kulturalnym. Byliśmy na "Artyście" (grają go w Polsce?) - obok mnie siedziały dwie histerycznie chichoczące dziewczyny, które chyba po raz pierwszy w życiu oglądały coś, co nie jest "Simpsonami" w telewizji ("Simpsonowie" są tu zastraszająco popularni!) i do rozpuku rechotały nawet podczas zupełnie nieśmiesznych scen.
Potem poszliśmy na koncert jazzowy, który okazał się nudnawy, więc koncentrowałam się na niezwykle ekspresyjnej mimice kontrabasisty (jeżeli takie same miny robi podczas miłosnych uniesień - pas!) i kontemplacji lokalnych obyczajów tekstylno-odzieżowych (95% publiczności koncertu, który dodam odbywał się w kawiarni, a nie w parku czy na dworcu, pozostała w szczelnie zapiętych kurtkach, bo jak już wcześniej pisałam, tutaj kurtek ani butów się nie zdejmuje aż do momentu pójścia do łóżka. Imaginujecie sobie? Siedzimy w kawiarni, pijemy winko czy piwo, w puchówce).
Na zakończenie weekendu poszliśmy na spektakl taneczny, który miał opisywać mity o stworzeniu korzystając ze współczesnych środków wyrazu. Zaczęło się od obandażowanych mumii kolebiących sklepowymi koszykami, skończyło na jakimś strasznym dziaduniu szukającym gorączkowo tajemniczego dokumentu (pewnie też musiał wyrobić sobie dowód osobisty!), a pośrodku byli jeszcze osobnicy w garniakach modlący się do pieniądza i popalający skręty... Na wspomnienie "Lipca" czy "Naszej klasy" aż mi się odechciało podejmować kolejnych prób pogłębienia mojego tutejszego życia kulturalnego. Na szczęście odkryłam dwie stacje radiowe nadające muzykę klasyczną! A w marcu odbywa się w Bogocie Iberoamerykański Festiwal Teatru, który gościć będzie m.in. "Ślepców" Teatru KTO. Moi kulturalnie obeznani przyjaciele: warto?
Te wszystkie refleksje chyba sprowokowała Niśka niewinnym pytaniem o to, co mnie tak pociąga w tej Kolumbii. Odpowiedź, jak widzicie, nie jest oczywista...
Z akcentów jednoznacznie pozytywnych: od trzech tygodni pracuję na uczelni pod wezwaniem Najświętszej Panny Różańcowej (nie, to nie żart!) i jestem jak na razie niezmiernie zadowolona. Młodzi (17-19 lat) ludzie, których uczę, są przemili, pilni, zaangażowani, zainteresowani i żądni wiedzy, więc satysfakcja, jaką czerpię z pracy, jest olbrzymia. Uczelnia ma trzy lokalizacje, ja pracuję w centrum, w przepięknym kolonialnym budynku z wewnętrznym dziedzińcem i krużgankami, krytym czerwoną dachówką oraz w północnym kampusie, który jest niczym żywcem przeniesiony z najlepszych amerykańskich uczelni. W absolutnie każdej sali jest komputer z dostępem do internetu i rzutnik, jest czysto, jasno i przestronnie, a oprócz sal do nauki jest klub fitness i boiska do czego tylko dusza zapragnie. Nie ma tylko jednego: wind, więc nie ma mowy o jakiejkolwiek równości szans dla osób z upośledzeniami fizycznymi. Ale, jak mi tu ktoś klarował, studenci Universidad del Rosario pochodzą z bardzo dobrych, zamożnych rodzin, a w takich pewnie rodzą się tylko super zdrowe, silne dzieci... No i znów wyszło niejednoznacznie pozytywnie!
Mam, to będzie kompletnie pozytywne! Z braku laku, a dokładnie pączków, uczciłam Tłusty Czwartek drożdżowymi racuchami jak u babci, wyszły znakomicie, wybitnie podniosły nastrój i jak tuszę, były bardzo zdrowe i zupełnie nietuczące!
PS: Z cyklu "czego szukają w google'u osoby trafiające na mój blog". Do tej pory na liście intrygujących haseł wpisywanych w wyszukiwarkę królowała "plaża małych gołych metodystów", teraz zyskała zacnego rywala w postaci zapytania "folia zamiast prezerwatywy"... Odpowiadam więc: nie mam pojęcia, nigdy nie próbowałam!
czwartek, 26 stycznia 2012
Zdjęcia, zdjęcia!
Wpis z Cali (poniżej) jest wreszcie uzupełniony o zdjęcia! Uwaga, niektóre są drastyczne!
A poza tym... W poniedziałek rano poleciałam do Cucuty, gorącego i dość brzydkiego miasta leżącego przy granicy z Wenezuelą. Metodą kombinowaną przekroczyłam granicę, odstałam 2 godziny w kolejce po stempel wjazdowy do Chavezueli i ruszyłam do konsulatu kolumbijskiego złożyć papiery (w ilości ok. 156) niezbędne do uzyskania wizy pracowniczej. W konsulacie usłyszałam, że jest już za późno (a była 10:30) i muszę wrócić następnego dnia, najlepiej o 7 rano, żeby być na początku kolejki. Wróciłam więc do Cucuty i wprowadziłam do zaskakująco czystego i spokojnego hotelu "na godziny", gdzie doba kosztowała mnie niewiele więcej niż jedna godzina.
Drugiego dnia z samego rana zjawiłam się w konsulacie, byłam czwarta w kolejce. O 9 rano zaczęły się komplikacje. Najpierw zabrakło prądu, więc nie działały komputery, więc nie można było wystawiać wiz. Potem pojawił się jakiś lokalny koleś z pięcioma gringos (czyli Amerykanami), którym załatwił audiencję z urzędnikiem konsularnym poza kolejką w zamian za datek na rzecz zakupu napojów gazowanych (cyt. dosł.). Potem była przerwa na kawę. Potem okazało się, że moi szefowie muszą na cito dosłać mi kolejny dokument, na szczęście wystarczył skan przesłany na maila. Potem była przerwa na lunch. Potem musiałam zrobić dodatkowe kopie paszportu. Potem musiałam zrobić kopie tych kopii oraz innych oryginałów i ich kopii, które ze sobą przywiozłam. Po "jedynych" siedmiu godzinach wysiadywania jajka i uiszczeniu opłaty w wysokości 255 USD, stałam się dumną posiadaczką wizy pracowniczej ważnej na cały jeden rok. Na szczęście aby ją odnowić, nie będę musiała wyjeżdżać z Bogoty, wystarczy ponownie przedstawić cały komplet dokumentów i zapłacić frycowe...
Wyraźnie zmęczona, lecz wszakże z tarczą, posiliłam się przepyszną zupą rybną (kto zna: zupełnie jak chowder) i ruszyłam w 15-godzinną podróż autokarem do Bogoty. Teraz bez przeszkód mogę zacząć pracę!
A poza tym... W poniedziałek rano poleciałam do Cucuty, gorącego i dość brzydkiego miasta leżącego przy granicy z Wenezuelą. Metodą kombinowaną przekroczyłam granicę, odstałam 2 godziny w kolejce po stempel wjazdowy do Chavezueli i ruszyłam do konsulatu kolumbijskiego złożyć papiery (w ilości ok. 156) niezbędne do uzyskania wizy pracowniczej. W konsulacie usłyszałam, że jest już za późno (a była 10:30) i muszę wrócić następnego dnia, najlepiej o 7 rano, żeby być na początku kolejki. Wróciłam więc do Cucuty i wprowadziłam do zaskakująco czystego i spokojnego hotelu "na godziny", gdzie doba kosztowała mnie niewiele więcej niż jedna godzina.
Drugiego dnia z samego rana zjawiłam się w konsulacie, byłam czwarta w kolejce. O 9 rano zaczęły się komplikacje. Najpierw zabrakło prądu, więc nie działały komputery, więc nie można było wystawiać wiz. Potem pojawił się jakiś lokalny koleś z pięcioma gringos (czyli Amerykanami), którym załatwił audiencję z urzędnikiem konsularnym poza kolejką w zamian za datek na rzecz zakupu napojów gazowanych (cyt. dosł.). Potem była przerwa na kawę. Potem okazało się, że moi szefowie muszą na cito dosłać mi kolejny dokument, na szczęście wystarczył skan przesłany na maila. Potem była przerwa na lunch. Potem musiałam zrobić dodatkowe kopie paszportu. Potem musiałam zrobić kopie tych kopii oraz innych oryginałów i ich kopii, które ze sobą przywiozłam. Po "jedynych" siedmiu godzinach wysiadywania jajka i uiszczeniu opłaty w wysokości 255 USD, stałam się dumną posiadaczką wizy pracowniczej ważnej na cały jeden rok. Na szczęście aby ją odnowić, nie będę musiała wyjeżdżać z Bogoty, wystarczy ponownie przedstawić cały komplet dokumentów i zapłacić frycowe...
Wyraźnie zmęczona, lecz wszakże z tarczą, posiliłam się przepyszną zupą rybną (kto zna: zupełnie jak chowder) i ruszyłam w 15-godzinną podróż autokarem do Bogoty. Teraz bez przeszkód mogę zacząć pracę!
środa, 18 stycznia 2012
Wypad do Wieliczki

W Kolumbii mają swoją Wieliczkę - kopalnię soli udostępnioną do zwiedzania, a w niej podziemną katedrę. Szczerze mówiąc bardzo mgliste mam wspomnienia z naszej Wieliczki, a tutejsza zrobiła na mnie całkiem spore wrażenie. Na zachętę zdjęcie, po więcej zapraszam tutaj, na Picasę.
Z doniesień osobistych, w ciągu najbliższych dni czeka mnie wycieczka do Wenezueli lub Ekwadoru, gdyż jutro podpisuję umowę o pracę i będę mogła wystąpić o wydanie wizy pracowniczej!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
